środa, 31 grudnia 2014

CrazyWill-owe życzenia noworoczne ;)

Szczęśliwego Nowego Roku ludziska!
Życzę Wam pozytywnego szaleństwa, w dążeniu do celu zwycięstwa. Dzisiejszej nocy wielkiego balowania aby tylko liczba kończyn się zgadzała. xD Rano nie chorujcie, dobrym humorem zaskakujcie ;)

Źródło: http://www.quickmeme.com/

xD


wtorek, 23 grudnia 2014

CrazyWill-owe osobowości - Stephen Hawking



Hej ludziska!

Ostatnio trochę zimno kalkulowałem, jakie ekonomiczne korzyści wynikają z wspomagania niepełnosprawnych przez państwo i inne instytucje, zakładając że jesteśmy społeczeństwem humanitarnym ;) Pora na powrót CrazyWill-owych osobowości, ale tym razem będziemy się poruszali w obrębie nauki oraz ludzkiej ambicji i inteligencji. Nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do lektury ;) A dziś mam zaszczyt opowiedzieć Wam o pochodzącym z Wielkiej Brytanii wybitnym astrofizyku, kosmologu i wózkersie zarazem. Przed Wami: Stephen Hawking! 

Źródło: http://www.youthconnectmag.com/
Stephen urodził się 8 stycznia 1942 roku w rodzinie lekarzy. Na świat przyszedł jako zdrowe dziecko i nic nie zapowiadało bardzo poważnej choroby, jaka miała dopaść go w nie tak dalekiej przyszłości. W okresie swojej podstawowej edukacji, Stephen nie wyróżniał się jakąś ponadprzeciętną inteligencją. Dobrze się maskował, skubany ;) Kiedy nadszedł czas wyboru studiów, cóż, jak to czasem bywa w takich rodzinach, rodzice mają pewne ambicje wobec swoich dzieci. A ambicją taty Stephena było, aby ten ukończył medycynę - w związku z czym młody Hawking został wysłany na Uniwersytet Oksfordzki. Tu pojawia się mój ulubiony motyw buntu, ponieważ sam zainteresowany bardzo chciał studiować matematykę (już słyszę jęki niektórych z Was xD ja jestem straszna noga z matmy). Na Oksfordzie niestety nie było wówczas takiego kierunku, więc Stephen wybrał nauki przyrodnicze, a wśród nich upodobał sobie fizykę. Jeśli chodzi o inteligencję, to na studiach wreszcie się wyrobił xD Jego profesor wspominał potem, że Stephen dzięki swoim wyjątkowym zdolnościom zapamiętywania i analizy, mimo małej ilości sporządzanych notatek, osiągał duże postępy w nauce, wcale nie poświęcając na nią wielu godzin w ciągu dnia (kto by tak nie chciał? xD). Dlatego oprócz “ruszania” głową, dla zabicia nudy był bardzo aktywny fizycznie - między innymi pływał w drużynie wioślarskiej w Oksfordzie. Po ukończeniu pierwszego stopnia studiów przez pewien czas kontynuował studia na wydziale astronomii, ale uznał że bardziej pociąga go teoria niż obserwacje nieba i przeniósł się na (jeszcze bardziej) prestiżowy Uniwersytet Cambridge. Tam, pod okiem znanego astrofizyka Freda Hoyla, zgłębiał tajniki astronomii i kosmologii teoretycznej.

W tym momencie niestety zaczynają się również problemy zdrowotne Stephena. Pojawiły się pierwsze symptomy choroby: młody Hawking stracił równowagę i spadł ze schodów, dotkliwie uderzając się w głowę. Diagnoza potwierdziła najgorszy scenariusz: stwardnienie zanikowe boczne (ALS) - nieuleczalna choroba prowadząca do paraliżu ciała przez degenerację m.in. komórek rdzenia kręgowego. Lekarze dawali mu 2-3 lata życia. To był najgorszy możliwy moment na tego typu wiadomości. Miał przecież dopiero 21 lat, niebawem miał brać ślub i zaczynał karierę naukową. Młody fizyk popadł w depresję, wlewał w siebie spore ilości alkoholu i stracił motywację do zajmowania się doktoratem. Smutne, choć jak dla mnie zrozumiałe, szczególnie w przypadku 21-latka, przed którym miał być jeszcze kawał życia. Jednak, jak się pewnie domyślacie, Stephen podniósł się z tego stanu - inaczej przecież bym Wam o nim nie opowiadał ;) A stało się to dzięki małżeństwu z jego pierwszą (tak - pierwszą ;) ) żoną, która bardzo go wspierała. Stephen i Jane poznali się na studiach, uczęszczając na kompletnie odmienne kierunki: Stephena fascynowała nauka, a Jane - sztuka. Widocznie te dwa światy uzupełniały się tak dobrze, że zakochali się w sobie i mimo przeciwności losu spędzili z sobą solidny kawałek czasu.

Źródło: http://www.dailymail.co.uk/
Pomimo wsparcia żony, Hawking mógł tylko obserwować, jak stopniowo traci władzę nad swoim ciałem. W 1974 roku nie mógł już samodzielnie wstać z łóżka, a jego mowa stała się bardzo niewyraźna. W latach 80-tych zachorował na zapalenie płuc i musiał poddać się zabiegowi tracheotomii, przez co w ogóle stracił głos. Ale nie martwcie się, moi drodzy, i tę sytuację udało się, przynajmniej w jakimś stopniu, opanować, gdy z pomocą przyszła moja ukochana technologia ;) Stephen zaczął porozumiewać się ze światem zewnętrznym za pomocą syntezatora mowy skonstruowanego przez męża jego pielęgniarki. Jakie jednak było jego, rodzonego Brytyjczyka, zdziwienie, kiedy usłyszał, że jego syntezator mówi z amerykańskim akcentem. W końcu jednak tak bardzo przywykł do tego głosu, że wcale nie chciał go zmieniać na nowszy model ;) Jesteście ciekawi, jak działa takie urządzenie i jak się je obsługuje? Na ekranie znajduje się rodzaj klawiatury, po którym przesuwa się kursor. Użytkownik zatrzymuje ten kursor na odpowiedniej literze, w przypadku Hawkinga - za pomocą policzka xD Sprawę ułatwia program, przypominający słownik T9 w telefonach, który uczy się na podstawie wcześniejszych wypowiedzi i “domyśla się” co użytkownik chce powiedzieć uzupełniając resztę słowa o brakujące litery. Nie jest to jednak szybki proces, przeciętne tempo to jedno słowo na jedną minutę. Na szczęście pojawia się coraz więcej rozwiązań rozpoznawania mimiki twarzy, co może już niedługo przyspieszyć wypowiedzi Stephena nawet 10-krotnie, poprzez przypisanie funkcji do różnych grymasów twarzy. To się nazywa moc nauki i technologii! ;)

Stephen był bardzo zmotywowany do życia, a z pewnością pomagała mu w tym jego rodzina - ze wspomnianą już małżonką dorobili się trójki wspaniałych dzieci. Na pewno to dodawało mu otuchy i sił, nawet jeżeli brać pod uwagę ich rozwód, który nastąpił po 30 lata małżeństwa. Co mogę tutaj powiedzieć? Czasem ludzie po prostu przestają się dogadywać. Zapewne też dużą rolę w tym rozstaniu miała sława i kariera Stephena, wokół którego zrobiło się dosyć głośno i tłoczno. Jak widzicie, nawet tak poważna choroba wcale nie musi się wiązać z fizycznym i psychicznym ubezwłasnowolnieniem. Nadal samemu można podejmować wybory, nawet te niełatwe, czy to dotyczące życia osobistego czy też kariery. Hawking spróbował ponownie związać się, tym razem z swoją pielęgniarką, ale niestety to małżeństwo również skończyło się rozwodem.

Źródło: http://kevinbolk.deviantart.com/
Została mu jednak jeszcze jego ukochana nauka, która niewątpliwie była drugim fundamentem jego życia i ostrej walki z chorobą. Jego badania i dorobek naukowy związany jest z teoriami czarnych dziur, teorią względności, zależnością przestrzeni od czasu, teorią wielkiego wybuchu, grawitacji, kosmologią kwantową, teorią strun, budową Wszechświata i jeszcze parę innych takich ;) Nie chciałbym Was tu zanudzić, a na pewno każdy zainteresowany znajdzie informacje dotyczące dorobku naukowego Hawkinga, choćby w internecie. Dość aby powiedzieć, że ma on spory wkład w świat kosmologi i astrofizyki teoretycznej ;) Wierzcie lub nie, ale ten człowiek uparł się, że odkryje tzw. “teorię wszystkiego”, która wyjaśniłaby dokładnie przyczynę istnienia Wszechświata, a co za tym idzie i nas, co byłoby ostatecznym triumfem ludzkiej inteligencji. Nie chciałbym się tutaj wdawać w dyskusje dotyczące moralności takiego działania, czy też tego w jakim stopniu determinizm Hawkinga uderza w poglądy religijne. Chciałbym za to podkreślić, jak bardzo determinacja oraz nastawienie na konkretny cel i dążenie do niego może człowieka trzymać przy życiu, mimo przeciwności losu. Stephena Hawkinga miało już dawno nie być wśród nas, a choruje już nieco ponad 50 lat i dalej nie daje za wygraną :)

Źródło: http://www.businessinsider.com/
Życiorys Stephena jest bardzo imponujący, ale czy jak reszta moich CrazyWill-owych osobowości, ten naukowiec również zrobił coś szalonego? Jakżeby inaczej! :D Jako astrofizyk chciał najwyraźniej znaleźć się bliżej obiektów swoich badań, udając się w suborbitalny lot w kosmos dzięki oferującej tego typu podróże firmie Virgin Galactic. Przygotowując się do tej misji, odbył lot w stanie nieważkości. I może nie brzmi to specjalnie ekscytująco, dopóki nie dowiemy się, jak wygląda wytworzenie stanu nieważkości na naszej planecie. Mianowicie, specjalnie do tego przystosowany samolot wzbija się na wysokość 8 000 metrów, aby następnie ostro zanurkować. Uzyskany w tym szalonym pędzie stan nieważkości trwa około czterech minut. No, chyba że nastąpi jakaś awaria, to trochę dłużej, ale wierzcie mi, po raz ostatni xD Tym samym, Hawking stał się pierwszą sparaliżowaną osobą w stanie nieważkości (sparaliżowani ze strachu astronauci się nie liczą :P). Sam lot suborbitalny niestety przesunął się w nieokreśloną przyszłość, ponieważ z jakiegoś powodu nasz astrofizyk wylądował w szpitalu. Ale kiedyś, kto wie? ;) Oczywiście Stephen, jak to naukowiec, nie zrobił tego tylko i wyłącznie dla zachcianki. Chciał w ten sposób również zachęcić do jeszcze intensywniejszych lotów w kosmos i jego eksploracji, ponieważ upatruje w tym jedyną drogę ucieczki przed jakąkolwiek globalną klęską na naszej planecie.

Źródło: http://www.dailymail.co.uk/
Chyba nikogo nie zaskoczę mówiąc, że Hawking jest na tyle znanym naukowcem, że jest obecny w życiu publicznym, a nawet w popkulturze. Pokazywał się w różnych programach, zarówno popularnonaukowych jak i talk-show, występował epizodycznie w różnych filmach i serialach, a nawet udzielał swojego cybernetycznego głosu do kilku piosenek. A całkiem niedawno w jednym wywiadzie wyraził chęć wypróbowania swojej gry aktorskiej i wystąpienia jako nowy arcywróg w filmie o Bondzie. Uważa, że elektryczny wózek inwalidzki i komputerowy głos dają mu ku temu całkiem niezłe predyspozycje ;) Jak widzicie, Stephenowi nie brakuje poczucia humoru, chwilami dość ciętego ;) Ze swoim kolegą astrofizykiem Kipem Thorne’em założył się raz o coś ściśle naukowego, za to stawka była zupełnie nienaukowa - przegrany miał opłacić zwycięzcy roczną prenumeratę erotycznego pisma Penthouse. Tym razem, cóż, padło na Hawkinga xD Jak widać, zakład wśród naukowców też może być zabawny xD

Nie wiem co Wy o tym sądzicie, ale jak dla mnie Stephen Hawking jest jak najbardziej CrazyWill-ową osobowością. Trzeba mieć w sobie niesamowite pokłady determinacji i energii, żeby mimo ciężkiej choroby, ograniczonego poruszania a nawet komunikacji ze światem ciągle chcieć żyć i do tego realizować swoje -ambitne!- cele. Stephen Hawking zdecydowanie zmienił oblicze nauki, a do tego wyróżnia się poczuciem humoru i pewnym pierwiastkiem szaleństwa (jak na swój stan zdrowia). Był również w stanie założyć własną rodzinę i przekazał swoje unikalne geny dalej ;) I nic nie stanęło mu na drodze; naprawdę, niesamowicie podziwiam tego człowieka. Sobie i Wam życzę takiej wytrwałości we wszystkim, co robicie.

Przy okazji, chciałbym Was bardzo serdecznie zaprosić od 30 stycznia 2015 do kin na film biograficzny o Stephenie Hawkingu “Teoria wszystkiego” (Theory of Everything). Poniżej możecie zobaczyć trailer :)


Domyślam się, że większość z Was słyszała o Stephenie Hawkingu, ale mimo to mam nadzieję, że udało mi się przybliżyć Wam tę nietuzinkową postać świata nauki, oraz choć troszkę zafascynować jego historią i osobą ;)
Specyficzne CrazyWill-owe życzenia już były ;) Dodam tylko świąteczne: żeby wszystkie dania Wam smakowały, a brzuszki nie bolały! xD Trzymajcie się ciepło, ludziska! Smacznego karpia!

"Jeśli wpadnie się do czarnej dziury, nie wolno się poddawać, bo można z niej wyjść"
-Stephen Hawking


poniedziałek, 15 grudnia 2014

Wózkersowa kalkulacja

Źródło: http://www.centrumbtl.com.pl/

Hey ludziska! 

Pozwolę sobie zacytować znaną piosenkę z pewnej reklamy: “Coraz bliżej Święta, coraz bliżej Święta” - podobno ;) bo nie wiem jak Wy, ale ja jakoś nie czuje klimatu nadchodzących świąt. Jedyne co mi o nich przypomina to kalendarz, reklamy, no i kawałki w radiu. Może wpływ na to ma brak śniegu w moich okolicach. Chociaż, ze względu na mój wózkersowy tryb życia, mam nadzieję, że ten jednak nie spadnie (choć wszystkim fanom narciarstwa itp. życzę białych stoków i dobrej zabawy - tylko z daleka ode mnie ;) Wbrew pozorom, jakie zdążyłem tu stworzyć, ta notka nie będzie świąteczna i nie chodzi o to, że nie czuję klimatu. Myślę, że środki masowego przekazu są tym na tyle przesiąknięte, że nie muszę do tego dokładać własnej cegiełki, za to mogę się zająć jak zwykle CrazyWill-owym pisaniem xD Zapraszam do czytania :)

O wózkersach i ogólnie o osobach niepełnosprawnych pisałem dotąd właściwie wyłącznie przez pryzmat humanizmu. A jest jeszcze inne podejście, dość dobrze mi, z racji wykształcenia technicznego, znane - podejście ekonomiczne. Oprócz bycia odrębnymi istotami ludzkimi, wszyscy jesteśmy również jednostkami, elementami składającymi się na społeczeństwo, którym rządzą przeróżne mechanizmy, a wśród nich gospodarka. Do tego społeczeństwa każdy z nas wnosi jakąś wartość, przykładowo w formie pracy, oraz w mniejszym bądź większym stopniu pobiera zasoby. Im mniej pobieramy, tym więcej zasobów ma do dyspozycji reszta społeczności: czasu, energii i pieniędzy na rozwój, efektywniejszą pracę czy chociażby na zachcianki. Wszystko to wpływa pozytywnie na wspomniane przeze mnie już mechanizmy, które z kolei wpływają na nasz dobrobyt. Przynajmniej w teorii, ponieważ to wszystko także może dążyć w zupełnie innym kierunku, będącym totalnym zaprzeczeniem rozwoju pozytywnie wpływającego na wszystkich. Przykładowo, zatracenie się w konsumpcyjnym trybie życia może spowodować zanik wyższych ambicji i innych wartości wspierających progres. Ale nie o tym teraz chciałem pisać.

Zasoby najbardziej intensywnie pobierane są przez trzy grupy: dzieci (tj. od wieku dziecięcego do usamodzielnienia się), osoby starsze oraz osoby chore i niepełnosprawne. Na tej trzeciej grupie chciałem skupić dzisiejsze rozważania, bo o ile nie możemy przeskoczyć wieku dorastania ani zatrzymać procesu starzenia się, przez co mamy małe pole manewru w ograniczeniu pobieranych środków, o tyle w tej trzeciej grupie da się zdziałać nieco więcej. Mam tu na myśli szczególnie działania Państwa i innych instytucji zaraz po zaistnieniu niepełnosprawności u danego człowieka, takie jak pomoc psychologiczna, fizjoterapia, działania ułatwiające funkcjonowanie, aktywizacja zawodowa itp. Prosty przykład: gdybym miał depresję, nie miałbym motywacji do ćwiczeń (co zapewnia również miejsca pracy rehabilitantom) i podupadałbym na zdrowiu dużo szybciej, jednocześnie obciążając społeczność, która się mną opiekuje. Nie miałbym również motywacji do podjęcia zatrudnienia, które pozwala choć trochę wesprzeć napęd ekonomicznych trybików przez zwiększenie ruchu pieniądza w państwowym i zagranicznym “krwioobiegu”. I tak oto dotarłem do sedna sprawy:

uważam że niepełnosprawnym warto pomagać nie tylko dlatego, że każdy człowiek jest równy i powinien mieć takie same szanse, ale również traktując to jako rodzaj inwestycji dającej obopólną korzyść: dla Państwa i społeczeństwa - odciążenie, dla nas, niepełnosprawnych - szansę na normalne i szczęśliwe życie. 

Źródło: http://biznes.gazetaprawna.pl/
W naszym kraju, jak zdarza mi się wypominać przy różnych okazjach, bywa jeszcze z takimi działaniami różnie, i to nie tylko w dziedzinie pomocy potrzebującym. Niestety u nas jeszcze często nie postrzega się różnych zagadnień z szerszej perspektywy, pokutuje działanie doraźne i w skali mikro, bądź też prowadzone pod określoną, odpowiednio liczną, grupę wyborców. Albo pisze się ustawę, która po jakimś czasie okazuje się nie działać jak powinna, bo nikt nie przewidział, że będzie kolidowała z przepisami sąsiadującymi. A wystarczyło usiąść przy porannej kawie i objąć mózgiem trochę więcej niż to, co będę dziś jadł na obiad po pierwszym czytaniu ustawy w sejmowym bufecie przy ulicy Wiejskiej xD Nie posądzałem się, że będę tutaj o takich rzeczach pisał, ale nie mogłem się powstrzymać, wybaczcie ;) 

Nawiasem mówiąc, nasze Państwo do kategorii “aktywizacja zawodowa”, wlicza chyba rentę socjalną: obecnie jest ona na tyle, niska że dość dobrze motywuje niepełnosprawnych do podjęcia pracy - bez niej nie wydolą finansowo xD Taki sprytny zabieg, tyle że nie dla osób, które w ogóle nie są w stanie podjąć pracy, a opiekę z czegoś trzeba opłacić i rachunki też. Ale trzymam kciuki za to, że i z tym będzie coraz lepiej. A tych, którzy zamartwiają się o swoje ciężko zarobione pieniądze oddane w formie podatków chciałbym uspokoić, że osoba niepełnosprawna raczej ich nie przepije, bo zwykle dość trudno jej skoczyć po flaszkę xD

I to chyba już wszystko, co miałem Wam dziś do powiedzenia ;) Mam nadzieje, że takie podejście do sprawy trafi także do przekonania osób nastawionych negatywnie do wspierania osób niepełnosprawnych ;) Prawda jest taka, że dużo korzystniej jest żeby niepełnosprawni (przynajmniej ci, którzy mają taką możliwość) podejmowali pracę, niż zostawali do końca swojego życia w domu na garnuszku Państwa i bliskich. W nieco dłuższej perspektywie wpłynie to pozytywnie na życie nas wszystkich, co starałem się Wam udowodnić.

Jak zwykle fajnie było trochę palce rozruszać na klawiaturze ;) Chętnie zrobię to ponownie za tydzień, także do zobaczenia już niedługo ;) Spróbujcie wprawić się w świąteczny nastrój, bo to już tuż tuż ;) Trzymajcie się ciepło, ludziska. Let’s rock! Never give up! :D

Pamiętajcie!
Gdy każdy od siebie coś da, będzie się żyło na sto dwa xD

wtorek, 9 grudnia 2014

W pułapce umysłu

Źródło: http://www.alt-market.com/


Hey ludziska!

Ale ten czas zasuwa, to już tydzień minął? Nie wiem jak Wam, ale mi pod koniec roku czas mija szybciej niż zwykle. Dzisiaj chciałem przedstawić Wam moje przemyślenia, które naszły mnie przy opisywaniu poprzedniej CrazyWill-owej osobowości - Sue Austin. Wspominałem, że kiedy naszą bohaterkę z całą mocą uderzyła choroba, podłamała się i musiała zadbać o swoje zdrowie psychiczne. Myślę, że ten temat jest na tyle ważny, że zasługuje na rozwinięcie w osobnym poście. Zatem, do dzieła :)

Temat zdrowia psychicznego ściśle wiąże się z utratą sprawności fizycznej czy świadomością przewlekłej czy nieuleczalnej choroby. Nawet jeśli ktoś jest niesamowicie silny psychicznie i nie widać po nim jakiegoś załamania, zawsze jednak w jakiś sposób ten stan rzeczy odciska piętno w jego głowie i nie ma na to siły. Nie twierdzę, że od razu musi się to skończyć mega depresją (choć istnieje i taka możliwość). Ale duszenie w sobie emocji, szczególnie tych, z którymi sobie nie radzimy, może prowadzić chociażby do kłopotów w kontaktach z innymi ludźmi, co z kolei może stać się przyczyną zamknięcia się w sobie - co niestety dość często zdarza się wśród osób niepełnosprawnych. Dodatkowo, takie zmiany zwykle nie dotykają nikogo z dnia na dzień, raczej to coś bardziej przebiegłego: powoli sączącego się w umysł, stającego się, niezauważalnie, częścią nas samych. Nie piszę tego bo chcę kogokolwiek przestraszyć czy siać pesymizm, tylko żeby zwrócić uwagę, że to właśnie nasza psychika przetwarza i interpretuje wszystko, co nam się przytrafia w życiu. Dlatego trzeba o nią bardzo dbać, a mam wrażenie, że wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, powtarza sobie “jakoś to będzie”. I faktycznie, może jakoś to będzie, ale czy aby na pewno szczęśliwie?

Źródło: http://well.blogs.nytimes.com/
Dziś, kiedy coraz częściej mówi się o tym, że depresja to choroba cywilizacyjna czy wręcz choroba XXI wieku, warto by było w naszym kraju bardziej zadbać o edukację w kierunku psychologicznej świadomości. Dbanie o stan umysłu powinno być tak ważne i naturalne jak dbanie o fizyczną stronę naszego ciała. Wciąż powszechnie pokutuje jednak szufladkowanie osób z problemami natury psychicznej czy psychologicznej jako “świrów”, co dodatkowo krzywdzi i na pewno zniechęca do przyznawania się do swoich problemów i korzystania z pomocy specjalistów. Myślenie tak o samym sobie sprawia, że czasem najtrudniej przyznać się przed samym sobą, że jednak coś nam dolega i potrzebna nam jakaś pomoc. Żeby nie było, że CrazyWill od razu chce wszystkich wysłać do terapeuty xD Pomoc specjalisty to oczywiście nie jedyne rozwiązanie, czasem po prostu wystarczy bliska osoba, która potrafi wysłuchać, pogadać, zrozumieć na swój sposób. Po prostu przyjaciel, który nie będzie lekceważył nas ani bagatelizował naszych problemów; ktoś, na kogo możemy liczyć.

Źródło: http://kolorowyobraz.pl/
Są na tym świecie kraje, gdzie pomoc psychologiczna to normalny stan rzeczy a społeczeństwo jest świadome znaczenia równowagi psychicznej i jej całkiem sporego wpływu na nasze życie. Wspomniana ostatnio Sue Austin, pochodząca z Anglii, bez ogródek przyznaje w wywiadach, że załamała się zaskoczona nagłą chorobą, i że skorzystała z pomocy terapii by móc się pozbierać do kupy. Założę się, że Sue w jakimś stopniu zawdzięcza swój osobisty sukces i przygodę, jakiej nigdy by sobie nie była w stanie wyobrazić, długoterminowym sesjom terapeutycznym, dzięki którym mogła spojrzeć na życie nieco jaśniej, bez koncentrowania się na negatywnych emocjach, które na pewno nie pomagają ruszyć z miejsca po ciężkich przeżyciach ;). 
Następny przykład wezmę z filmu dokumentalnego Murder Ball o niepełnosprawnych rugbystach (pisałem >>>tutaj<<<). Widać tam, że kiedy po wypadku ktoś siada na wózek, od razu na wejściu ma zapewnioną pomoc psychologa i seksuologa, którzy pomagają tej osobie jakoś wejść w tę nową, niełatwą rzeczywistość. Człowiek nie zostaje z tym wszystkim sam - o ile ma ubezpieczenie zdrowotne, oczywiście xD Z tym akurat różnie bywa, no ale to już inny temat ;) Także, jak widzicie, to o czym mówię to nie są jakieś wielkie i nierzeczywiste marzenia i fajnie byłoby dążyć w tym aspekcie do poziomu krajów rozwiniętych nieco bardziej niż nasz ;)

Dobra, nawijam i nawijam, a jak dotąd nie zająknąłem się o tym jak to jest ze mną, odkąd żyje ze świadomością mojej choroby i obserwuję jej postępy. Chociaż wydaje mi się, że jestem osobą silną psychicznie i pogodnie nastawioną do życia, to jednak i mnie, rzecz jasna, nie ominęły rozterki i różne niezbyt wesołe myśli ;) Najgorzej oczywiście było w okresie dojrzewania, kiedy to młody człowiek odczuwa wszystko dużo intensywniej i bardzo przeżywa niektóre sprawy. Szczególnie, gdy taka młoda głowa jest nieco melancholijna, zastanawia się nad sensem istnienia, przemijaniem i całym ogromem tego świata xD Odpowiednia nuta, za oknem noc i dosyć mhroczne klimaty - pewnie niektórzy z Was wiedzą, o czym piszę ;) Nigdy jednak nie dopadła mnie jakaś większa i długotrwała załamka. Sądzę, że zawdzięczam to, oprócz mojego charakteru, czemuś o czym już wspominałem, a mianowicie świadomości choroby już od najmłodszych lat. No bo czym niby może zaskoczyć bardzo wolny (choć silny) bokser, którego ruchy z łatwością możemy przewidzieć? Zupełnie inaczej jest przecież, kiedy sytuacja spada na nas nagle; ja miałem dużo czasu, by się z nią oswajać, dojrzewać wraz z nią. No i oczywiście nie sposób nie wspomnieć, że spotkałem w życiu fajnych ludzi, przyjaciół, z którymi zawsze mogę pogadać i gdzieś tam w środku od razu robi się lepiej, a perspektywy przestają wyglądać tak ponuro. Prawdopodobnie dzięki temu jakoś nigdy nie odczuwałem wewnętrznej potrzeby skorzystania z wyspecjalizowanej pomocy. Aczkolwiek nie mogę wykluczyć, czy aby na pewno nie było to tak, że nie potrafiłem się przyznać do tego sam przed sobą - podświadomość potrafi skutecznie zacierać swoje ślady ;) Ale, gdybym rzeczywiście odczuł taką potrzebę, czy odważyłbym się ją zaspokoić? Na pewno nie jako nastolatek, właśnie ze względu na obawę zaszufladkowania przez rówieśników jako “psychola” (tzn. jeszcze bardziej crazy xD) W każdym razie teraz, jako dorosły facet, jestem już świadomy, jak ważną rzeczą w walce z różnymi przeciwnościami losu jest nasza kondycja psychiczna i nie zważałbym na to, co powiedzą inni ;) Uważam, że jeśli masz kłopot który Cię przerasta, to żaden wstyd przyznać, że nie podoła mu się samemu - w końcu nikt nie jest alfą i omegą (choć pewnie znajdą się osoby, które mają tak “niskie” mniemanie o sobie ;) 

Źródło: http://gadzetomania.pl/
Patrząc wyłącznie przez pryzmat negatywnych doświadczeń, postrzegamy świat ze zniekształconej perspektywy, a przecież właśnie nasze postrzeganie świata, emocje i ogólne nastawienie do życia mogą mieć wpływ na zdrowie naszego organizmu. Nawet medycyna konwencjonalna coraz częściej zgadza się z tym, że choroba może być konsekwencją negatywnego nastawienia, które właśnie w taki nieprzyjemny sposób może zmaterializować się w naszym ciele. Zatem, uzbrojeni w tę wiedzę, sami sobie odpowiedzcie, czy warto dbać o swoje zdrowie psychiczne ;)

Z mojej strony na dzisiaj to już koniec rozważań i mam nadzieję, że czasu poświęconego na przeczytanie tej notki nie uznacie za zmarnowany ;) Zdaję sobie sprawę, że w tej notce piszę o rzeczach dla niektórych oczywistych, ale nie dla wszystkich jest to tak samo jasne - przynajmniej tak mi się wydaje. Poza tym, takie uświadamianie to kolejny mały krok, który pozwoli oddalić się od negatywnego i zaściankowego postrzegania problemów psychicznych, ich leczenia i profilaktyki. ;) Jak zwykle, widzimy się w przyszłym tygodniu :) O czym będę pisać jeszcze nie wiem, spróbuję zaskoczyć siebie oraz Was ;) Niech tydzień minie Wam szybko i przyjemnie :) Trzymajcie się ludziska ciepło!

Pamiętaj!
Jak pod sufitem równo masz, to radę sobie dasz xD






poniedziałek, 1 grudnia 2014

CrazyWill-owe osobowości - Sue Austin



Hey ludziska! :D

W pierwszej kolejności chciałem szalenie podziękować wszystkim, którzy podpisali petycję załączoną do ostatniej notki ;) Każdy pojedynczy wpis jest na wagę złota!
Po pozytywnym odbiorze ostatniego posta “Nadzieja w pigułce” doszedłem do wniosku, że może powinienem zostać dilerem takich pigułek - niewątpliwie przydałyby się wielu osobom. Ale i taka pigułka nadziei może nieść ze sobą negatywne skutki uboczne - w tym przypadku jednym z nich może być ostry syndrom rozczarowania, dlatego przed użyciem warto skonsultować się z własnym rozsądkiem ;) Trochę zaczynam płynąć w temacie, a dzisiaj nie o tym ;) Zapraszam Was zatem na kolejną notkę z serii Crazy Will-owych osobowości ;)

Do tej pory opowiedziałem Wam o dwóch kompletnych, lecz bardzo pozytywnych, wariatach xD Dlatego nadeszła pora na trochę artystycznej wrażliwości pewnej Angielki ;) Ta wózkersowa artystka wykorzystuje wózek inwalidzki na nieoczekiwane sposoby, a jej ulubioną formą wyrazu są multimedia, performance oraz instalacje artystyczne. Poznajcie Sue Austin! 

Źródło: http://www.tedmed.com/
Powodem, dla którego Sue przesiadła się na wózek jest SM (stwardnienie rozsiane). Choroba nieszczęśliwie i gwałtownie dopadła Sue we wrześniu 1994 roku. Jej świat mocno się załamał, a słabość mięśniowa oraz częściowa utrata słuchu i wzroku odcisnęły potężne piętno na jej umyśle, do tego stopnia, że Sue musiała zadbać o swoje zdrowie psychiczne poddając się długoterminowej terapii u specjalisty. Bardzo szybko zapragnęła wrócić do pracy, ale stan jej zdrowia na to nie pozwalał. Mogła jedynie bezradnie obserwować, jak choroba zabiera jej fizyczną wolność, bez nadziei na jakąkolwiek poprawę. 
Wszystko to zmieniło się mniej więcej rok później, kiedy Sue, na jakimś pokazie demonstracyjnym sprzętu dla osób niepełnosprawnych, miała okazję wypróbować wózek elektryczny. Jak go dosiadła, już nie chciała z niego zejść :D Pierwszy raz od dawna znów mogła poczuć powiew powietrza na policzkach. Rozpędzone cztery koła wreszcie zwróciły jej choć część utraconego poczucia wolności i swobody. Niestety, odzyskane w ten sposób poczucie pewności siebie zostało zburzone przez to, jak postrzegali ją inni ludzie: w kontaktach z nimi Sue wyczuwała strach, ogromny dystans, litość. Wyobcowana i odrzucona społecznie, mimo wszystko starała się odnaleźć w tej ekstremalnej sytuacji. W tym momencie wreszcie zaczyna się droga Sue w stronę artyzmu. Nigdy wcześniej nie widziała siebie w roli artystki, ale widziała, jak wykorzystywano sztukę w terapiach zajęciowych i zdała sobie sprawę, że to właśnie sztuka może nadać nowy sens i cel jej życiu. To właśnie sztuka może stać się lekiem na psychiczne rany, które zadała jej choroba oraz sposobem na wyrażenie samej siebie. Zaczęła od malowania na szkle, a pochwały, z jakimi spotykały się jej prace, motywowały ją do dalszych działań. Wkrótce Sue zaczęła robić różne kursy sztuki, a ostatecznie, z pomocą wolontariuszy, udało się jej zdobyć tytuł licencjata sztuki. Jako licencjonowana artystka rozpoczęła wprowadzanie w życie swoich wizji artystycznych, wykorzystujących wózek inwalidzki i niepełnosprawność dla zmniejszenia dystansu między niepełnosprawnymi a społeczeństwem. Jej prace od początku były bardzo surrealistyczne i realizowane w formie zdjęć. Jednym z pierwszych zdjęć, które zostało docenione i wyróżnione nagrodą na International Disability Arts Open 2008 jest “Portal”. 

Źródło: http://www.trishwheatley.co.uk/
Jest to kadr, na którym Sue Austin, w letniej, przewiewnej sukience i w rozpuszczonych włosach, siedzi na czerwonym wózku inwalidzkim na… dnie basenu. Oczywiście, ile umysłów, tyle może być interpretacji tego dzieła; ja dostrzegam w tym kadrze wolność, lato pachnące trawą, lekkość ciała. Sue spodobało się pod wodą i można powiedzieć, że zadomowiła się tam na stałe ;) Choć wielu nie dowierzało, że to się może udać, rozpoczęła kursy nurkowania. Dzisiaj Sue z uśmiechem i satysfakcją wspomina te trudności: “Ja nie dam rady? To patrz!” xD Skoro udało się zrobić ten krok, dlaczego by nie spróbować połączyć wózka inwalidzkiego ze sprzętem do nurkowania, elektrycznymi wirnikami i statecznikiem? Szalone? Zważcie na to, kto i gdzie Wam o niej opowiada xD I tak oto w 2012 roku Sue mogła sobie pozwolić na poruszanie się i swobodę ruchów pod powierzchnią wody. Dzięki temu mogły powstać kolejne surrealistyczne ujęcia, tym razem dużo bardziej dynamiczne (nie wspominając już o wspaniałych sceneriach) w formie krótkiego filmu ;) Zresztą, zobaczcie sami:

  Tworząc spektakl - Część 1 - W poszukiwaniu wolności

Sue oczywiście ma na swoim koncie sporo prac i osiągnięć, ale postanowiłem się ograniczyć do tych, które były najbardziej wyraziste i zwróciły uwagę świata. W tej chwili wszystkie projekty Sue (i nie tylko) skupia jej organizacja non-profit pod nazwą Freewheeling (>>>Facebook<<<). Ma ona na celu wspieranie projektów artystycznych mających m.in. zwracać uwagę środowisk akademickich na badania nad różnymi schorzeniami oraz pomoc w promowaniu niepełnosprawnych artystów we współczesnej kulturze.

Od Aarona czy Andy’ego, Sue Austin różni nie tylko płeć ;) Choroba spadła na nią niczym grom z jasnego nieba, przygniotła ją i załamała i ja wcale się temu nie dziwię. Jednak mimo przeciwieństw losu, próbowała w tym wszystkim odnaleźć siebie, podnieść się “z kolan” i ostatecznie udało jej się. Sztuka, która stała się jej powołaniem ma w sobie bardzo ważny przekaz i cel, bo Sue uwierzyła, że sztuka może być lekarstwem nie tylko dla niej samej, ale także dla innych. Mówiąc, że nie robi tak ekstremalnych rzeczy jak osobowości, które już poznaliście, zbluźniłbym. W końcu, zamiana wózka w mini-łódź podwodną to nie byle co ;) Teraz, jak na angielską damę przystało, Sue może znów poruszać się z wielką finezją oraz gracją - w wodzie ;)

Źródło: http://www.telegraph.co.uk/
Sue Austin to bardzo CrazyWill-owa osobowość, z wielką wrażliwością na otaczający ją świat, empatią oraz pociągiem do przygód - jak na razie w stylu Atlantydów, ale zobaczymy, czym nas jeszcze zaskoczy. Ja tam czekam z niecierpliwością i Was również zachęcam do śledzenia działalności Sue.

Jak widzicie, niestety doszło do małego poślizgu czasowego w mojej publikacji, no ale czasem tak bywa ;) Przynajmniej może choć raz nie będę kojarzony z ciężkimi poniedziałkami ;) Kto wie, może nawet z tego powodu na stałe przerzucę się np. na wtorki? ;D A tymczasem dzięki za poczytanie, do zobaczenia w przyszłym tygodniu - wyglądajcie mnie na horyzoncie. Trzymajcie się, ludziska!

Cztery koła, wiara w siebie, spójrz przed siebie!

Strona na temat Sue Austin >>>TUTAJ<<<

poniedziałek, 24 listopada 2014

Nadzieja w pigułce

Źródło: http://davidmalan.photoshelter.com/


Hey ludziska!

Żeby nie zrobiło się monotematycznie czas zrobić małą przerwę w serii Crazy Will-owych osobowości ;) Dziś opowiem Wam trochę o nadziejach, perspektywach i współczesnej medycynie. Choć umysł i silna wola jak najbardziej potrafią wspierać ciało podczas problemów natury zdrowotnej, to jednak bez medycyny nie mielibyśmy szans w walce z wieloma chorobami. Nauka potrafi dać człowiekowi nadzieję, jeśli tylko dać jej na to szansę. Czy warto? O tym mam nadzieję Was dziś przekonać ;)

Jak pewnie pamiętacie, choruję na - jak do tej pory nieuleczalną - chorobę, ogólny zanik mięśni. Moja psychika, jak Wam starałem się udowadniać w moich notkach, znosi świadomość tej nieuleczalności całkiem nieźle. Oczywiście, nie zawsze jest łatwo, ale nikt nie mówił, że tak będzie - w końcu chyba każdy z nas ma jakiś własny, nielekki życiowy bagaż. Ale oprócz tej zaprogramowanej gdzieś we mnie motywacji do życia, pomaga mi coś jeszcze - mianowicie wiara w możliwości współczesnej nauki. Gdzieś tam tli się we mnie nadzieja na to, że naukowcom uda się opracować w miarę skuteczny lek i że nastąpi to jeszcze za mojego życia. Oczywiście nie wierzę w cudowne, od-razu-ozdrawiające tabelki, ani specjalnie nie liczę na to, że udałoby mi się odbudować całość utraconych mięśni. Ale już utrzymanie w miarę silnego ciała, a najbardziej rąk, pozwoliłoby mi jeździć na wózku i radzić sobie w życiu w pojedynkę.
Przez to, że walka z moją chorobą przynosiła rezultaty i udało się nieco przyhamować postępy zaniku, miałem poczucie, co prawda trochę egoistyczne, że to nie może być przypadek - dostrzegałem w tym szczyptę przeznaczenia. Skoro udało się dokonać tyle, to dlaczego miałbym się nie doczekać skutecznego leku na dystrofię Duchena? Ale to chyba całkiem normalne, że osoba czekająca na konkretny lek chce się go doczekać jeszcze za swojego życia. Po śmierci raczej już się nie przyda, no, chyba że będzie to coś ożywczego ;D Dalej staram się trwać w takim przekonaniu, chociaż ze dwa lata temu przestałem śledzić newsy na temat leków. Przestałem, ponieważ już kilka razy wydawało mi się, że lek jest tuż tuż, nakręcałem się że już lada chwila coś wymyślą, a koniec końców okazywało się, że to jeszcze nie to. Niestety, badania nad nowymi lekami to bardzo długotrwały i mozolny proces. No, może względnie długotrwały - jeśli się zastanowić, jakiego dokonaliśmy skoku technologicznego od pierwszej wojny światowej, to chyba po prostu my za krótko żyjemy w stosunku do postępu odkryć ;)

Zastanawialiście się kiedyś, jak opracowuje się nowy lek? Pozwólcie, że pokrótce Wam o tym opowiem; po więcej szczegółów zapraszam >>>TUTAJ<<< Aby odkryć lek, prowadzi się albo losowe badania związków naturalnych, albo syntezuje grupę związków o strukturze, która może "pasować" do odpowiedniego “zamka” w organizmie. Dla znalezienia w wytypowanej grupie najaktywniejszego w danym przypadku związku chemicznego prowadzi się wstępne badania na wyizolowanych komórkach, tkankach czy narządach. Następnie przychodzi pora na tzw. badania przedkliniczne – najczęściej na zwierzętach. Pozwalają one oszacować działanie i toksyczność leku oraz jego skuteczność w docieraniu tam, gdzie dotrzeć powinien. Tu kończy się rola laboratorium a zaczynają badania kliniczne, prowadzone na ludziach. Składają się one z kilku faz:
Faza 1, prowadzona na małej grupie (10-100) całkiem zdrowych ochotników, pozwala zweryfikować wyniki badań przedklinicznych na ludziach i ustalić w miarę bezpieczne dawkowanie. Trwa ok. 1,5 roku i odsiewa zwykle 30% leków, które okazują się jednak całkiem nieskuteczne,.
Faza 2, prowadzona jest przez 0,5-2 lata na dwóch grupach chorych (20-300 osób). Jedna grupa otrzymuje testowany lek, a druga placebo, żeby sprawdzić, czy lek działa mocniej od nadziei na jego skuteczność ;) Leki, które przejdą tę fazę testów są już obiecujące.
Faza 3, prowadzona jest na dużej grupie (300-kilka tysięcy osób) przez ponad rok i również wykorzystuje grupę kontrolną z placebo. Pozwala określić dawkowanie leku i efekty uboczne, jakie wywołuje. Po tej fazie lek może zostać zarejestrowany i wprowadzony do obrotu.
Faza 4 to zbieranie dodatkowych danych o działaniu już zarejestrowanych leków w dłuższym czasie i na większej ilości pacjentów oraz o obserwowanych interakcjach między różnymi lekami.
Wszystkie etapy badań klinicznych przechodzi zwykle 1 na 5 leków, a opisane etapy tworzenia leku to koszt, bagatela, ok. 0,5 mld zł.

Niedawno dowiedziałem się o nowym leku "Ataluren" stworzonym we francuskich laboratoriach, który przeszedł już 3 fazę badań klinicznych. W tej chwili trwa procedura, która ma zapewnić warunkowe zezwolenie na jego dystrybucję na terenie UE. Co prawda, lek nie może pochwalić się powalającą skutecznością, ale jest to kolejny klocek dołożony do układanki. Być może nadchodzące badania reakcji na lek na większej grupie pacjentów i w dłuższej perspektywie czasowej pozwoli na wyciągnięcie odpowiednich wniosków i ulepszenie tego specyfiku, zobaczymy. Wiem jedno - nie mam zamiaru przestać wierzyć, że może się udać. Zawsze warto mieć choć minimalną nadzieję na ziszczenie się pozytywnego scenariusza i dbać o siebie. Życie potrafi być mocno ironiczne i głupio by było, gdyby komuś zabrakło miesiąca do uleczenia jego choroby, więc może lepiej nie ryzykować ;)

W temacie leków i badań nad nimi, chciałem także gorąco zachęcić Was do zapoznania się z petycją dotyczącą wyłączenia przepisu 37k punkt 1 i 1a prawa farmaceutycznego względem niekomercyjnych badań klinicznych. W wielkim skrócie, obecnie koszt prowadzenia takowych badań spada na uczelnie medyczne, a że te bardzo często same bywają niedofinansowane, ważne badania nad lekami mogącymi ratować życie nie są realizowane lub są realizowane, jak to się mówi, na pół gwizdka. Zmiany proponowane w petycji zakładają, że koszty związane z obsługą tego typu badań (zaczynając od hospitalizacji, po naklejenie plastra po pobieraniu krwi) będą pokrywane przez NFZ. Wbrew pozorom, nie jest to wcale jakiś egzotyczny problem. Żeby daleko nie szukać, dotyczy także bezpośrednio mojej osoby - wiem że np. na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku prowadzi się badania nad zanikiem mięśni oparte na wykorzystaniu komórek macierzystych i nawet gdyby wymyśliliby jakiś lek, to i tak prawdopodobnie nie znajdą się środki na przebadanie go. A, jak pisałem, jest to złożony i kosztowny proces. Osoby zdrowe może oburzać kolejna pijawka ciągnąca pieniądze z ich podatków, ale jest to rozumowanie dość krótkowzroczne, bo przecież różnie w życiu bywa. Nie wiem jak Wy, ale ja wolę żyć ze świadomością że moja rodzina, przyjaciele, czy już tak empatycznie osoby trzecie, w razie jakiejś ciężkiej choroby będą miały większe szanse dzięki terapii eksperymentalnej bądź lekowi, który na jej podstawie powstał dzięki badaniom zdolnych akademików ;) Oczywiście marzy mi się, że kiedyś nie będzie takiej niepełnosprawności ani choroby, której nie można wyleczyć, choć to dosyć utopijna wizja przyszłości. No ale kto wie, a nad taką przyszłością możemy pracować już teraz, do czego bardzo serdecznie zapraszam! Petycję i wszelkie szczegóły z nią związane znajdziecie >>>T U T A J<<< :)

I to tyle, jeśli chodzi o dzisiejszą notkę. Fajnie, że mogłem podzielić się z Wami tym jak wygląda z mojej perspektywy nadzieja i oczekiwanie na coś, co ostatecznie mogłoby wyleczyć przyczynę mojej choroby, a na pewno zmieniłoby diametralnie moje życie. Wiem, że zmiany bywają trudne, ale taką na pewno jakoś bym przeżył xD Również i Wy możecie się pośrednio przyczynić do pozbycia się jakiejś niewdzięcznej choroby, a dzięki temu, do zmiany czyjegoś życia :) Dzięki wielkie ludziska za uwagę, trzymajcie się ciepło.

Cztery koła, wiara w siebie, spójrz przed siebie!

Pamiętajcie!
W medycynie siła drzemie,
Daj jej szanse, lecz wierz w siebie xD

poniedziałek, 17 listopada 2014

CrazyWill-owe osobowości - Andy Campbell



Hey ludziska!

15 stopni Celsjusza w listopadzie? Nie martwcie się, nie zmieniam tematyki bloga na meteorologiczną ;) Po prostu jest to dla mnie przyjemne zaskoczenie, zwłaszcza, że jak już wspominałem, ja i mój wózek nie lubimy zimy, a w szczególności śniegu (choć ten oczywiście potrafi być klimatyczny). Jak tak dalej pójdzie, w Sylwestra będziemy mogli zrobić grill party o tematyce hawajskiej :D

Dziś za to zaserwuję Wam kolejny post z serii CrazyWill-owych osobowości. Przed Państwem, prosto ze Zjednoczonego Królestwa (UK): Andy Campbell!

Źródło: http://news.discovery.com/
Będąc już dorosłym mężczyzną, Andy nieszczęśliwie spadł z klifu, łamiąc kręgosłup na tyle poważnie, że już niestety nie stanął na nogi. Po wypadku, gdy Andy doszedł już do siebie, stwierdził, że wózek wcale nie musi oznaczać totalnego końca wszystkiego dobrego w jego życiu: może to być początek nowej przygody. A zaczęło się od jego pierwszego zjazdu na sit-sky (pomoc wizualna >>>tutaj<<<). Prędkość i uczucie wolności to coś, co mocno wyryło mu się w pamięci i już wkrótce miało stać się wyznacznikiem jego przyszłego życia. Andy pokochał góry jak nigdy wcześniej i od tamtej pory zaczął intensywniej obcować z górskim krajobrazem o każdej porze roku, używając do tego celu nie tylko sit-sky ale również kajaka, 3-kołowego roweru górskiego napędzanego rękoma, paralotni, terenowego wózka inwalidzkiego czy sprzętu wspinaczkowego. Warto chyba również wspomnieć o tym, że Andy od czasu do czasu, pewnie dla odmiany, schodzi też poniżej poziomu morza - nurkując ;)

To, co wymieniłem wyżej to wcale niemało jak na jednego wózkersa, ale Andy na tym nie poprzestał, o nie :D Spragniony wrażeń, postanowił podjąć się niesamowitego wyzwania polegającego na podróży dookoła świata na wózku inwalidzkim, pokonując łącznie aż 30 000 mil. Wyzwanie to miało na celu nie tylko przekroczenie swoich słabości i udowodnienie, że nawet na wózku można mierzyć się z Fileasem Foggiem, ale także zebranie podczas podróży środków na pomoc charytatywną. Zebrane pieniądze, za pomocą założonej przez siebie fundacji, Andy zamierza przekazać na finansowanie sprzętu adaptacyjnego, a co za tym idzie, na zwiększenie komfortu życia ludzi z niepełnosprawnością ruchową w krajach rozwijających się. Taki, można powiedzieć, wózkers dla wózkersów ;) Nieco inaczej niż w przypadku poprzednio przedstawionego Aarona Fotheringhama, bo tam inspiracja dla innych i otworzenie nowego horyzontu w aktywności osób niepełnosprawnych wyszła niejako przy okazji spełniania pasji młodego chłopaka. W przypadku Andy’ego chodzi także o pomoc materialną na, jak dla mnie, bardzo szlachetny i CrazyWill-owy cel :D Jak już wspominałem przy okazji innej notki, wózki inwalidzkie i inny sprzęt dla niepełnosprawnych potrafią być kosmicznie drogie. I o ile w naszym kraju, dzięki dofinansowaniu ze strony państwa i innych instytucji, jakoś sobie z tym radzimy (no, o tyle, o ile), to w krajach mniej rozwiniętych może być z tym problem. Taki wózkers bez wózka xD będzie absolutnie i totalnie wykluczony z życia społecznego, no, chyba że ma znajomego, który mu coś naprędce pospawa ;) Nie wiem jak Wy, ale jak sobie wyobrażę życie zamknięte tylko i wyłącznie w czterech ścianach, może tylko ewentualnie na jakimś fotelu z kółeczkami, kompletnie bez możliwości ruszenia się gdzieś dalej, to ściska mnie w żołądku - taka sytuacja musi być przerażająca. Dlatego też uważam, że oprócz motywowania, pomoc finansowa jest tu niesamowicie ważna. 

Andy to kolejny wózkers, którego hobby zdecydowanie jest odwrotnością kolekcjonowania znaczków pocztowych ;) Na pewno jego pasja jest wymagająca fizycznie i często niebezpieczna - jest w tym nutka pewnego rodzaju wariactwa xD co z pewnością czyni go CrazyWill-ową osobowością ;) Ma także wpływ na wzrost świadomości problemów osób niepełnosprawnych ruchowo na całym świecie i stara się im w taki czy inny sposób pomagać. Bardzo imponująca postawa ;) Mam wielką nadzieję, że Andy jeszcze nie raz nas czymś zaskoczy :)

Druga notka z serii CrazyWill-owych osobowości dobiega końca - miło mi było po raz kolejny wziąć kogoś pozytywnego na mój celownik ;) Szukanie i czytanie informacji na temat takich person jest naprawdę inspirujące i motywujące i robię to z wielką przyjemnością. Może komuś z Was przynosi to podobną frajdę, a przynajmniej będę się trzymał tej dobrej myśli xD Dzięki za uwagę, udanego tygodnia Wam życzę i do następnego :) Trzymajcie się, ludziska!

Let’s Rock!
Never give up!




"Die living"
- Andy Campbell

poniedziałek, 10 listopada 2014

CrazyWill-owe osobowości - Aaron Fotheringham



Hey ludziska!

Witam Was po tygodniowej postowej przerwie ;) Kiedyś na facebook-u (na którego zresztą serdecznie zapraszam) wrzuciłem krótką informację o Sue Austin - artystce poruszającej się na wózku inwalidzkim, która przez swoją sztukę pragnie przybliżyć temat niepełnosprawności w społeczeństwie. Wśród niepełnosprawnych jest więcej tak barwnych i wyróżniających się osobowości i uważam, że warto przedstawić ich sylwetki, a przy okazji oczywiście ocenić ich CrazyWill-owość ;) Szczególnie, że czasem np. na youtubie natrafiamy na interesującą postać, a kiedy chcemy dowiedzieć czegoś więcej, okazuje się że trudno znaleźć polskojęzyzne materiały, a język jednak bywa przeszkodą. Zapraszam do nowej serii tematycznej na moim blogu!

Dzisiejsza osobowość pasuje do mojej notki na temat sportów ekstremalnych wśród wózkersów ;) Poznajcie Aarona Fotheringhama, znanego skatera na wózku inwalidzkim. 

Źródło: http://www.guinnessworldrecords.com/
Trochę podstawowych informacji:
Aaron urodził się w 1991 roku w Las Vegas i podobno miejscem jego narodzin wcale nie było kasyno ;) Na samym początku życiowa ruletka mu niestety nie sprzyjała, ponieważ urodził się z rozczepieniem kręgosłupa. I tak oto Aaron od najmłodszych lat został wózkersem. Czy się poddał? Oczywiście że nie, widocznie pustynia chowa twardych ludzi ;) Własne fizyczne upośledzenie przekuł na pasję i sukces. Gdy miał 8 lat z fascynacją obserwował swojego brata jeżdżącego na BMX-ie w skate parku. Pewnego dnia brat zasugerował mu, że mógłby sam popróbować różnych trików i ewolucji na swoim wózku - w końcu też ma koła ;) Podjął się wyzwania, a pod koniec dnia stanowczo stwierdził, że taka forma aktywności to coś co naprawdę sprawia mu radość no i… wciągnęło go na dobre. Od tamtego momentu Aaron zaczął regularnie jeździć po skateparku. I nie było to równie łatwe co przechadzka po parku, o nie. Taki sport wiąże się z tysiącami upadków, siniaków, stłuczeń i z hektolitrami wylanego potu a czasem nawet i krwi. Mimo wszystko, Aaron za każdym razem się podnosił i nie odpuszczał; coś ciągle pchało go naprzód, nie pozwalając się wycofać, poddać. Ja chyba znam to uczucie i Wy prawdopodobnie także. Pojawia się kiedy robimy coś co sprawia nam radość, nie wiem: rysujemy, gramy w grę zręcznościową, kręcimy hula-hop czy cokolwiek. Mimo wielu drobnych porażek i niepowodzeń, w momencie gdy zauważamy postęp, nawet taki maleńki, coś w głowie podpowiada, że to się na pewno da zrobić lepiej - może nie za piątym razem tylko za setnym, ale jednak. To wszystko powoduje że zaczynamy się wkręcać w jedną konkretną czynność, która absorbuje maksymalnie nasze ciało i umysł, a my działamy jak w transie zapominając nawet o upływającym czasie. Ja osobiście, kiedy wyrwę się z takiego stanu, czuję się jakbym się przebudził z naprawdę miłego i odprężającego snu, mimo zmęczenia, które daje efekt podobny do porannego rozespania ;)
Aaron zaadoptował i przystosował do wózka inwalidzkiego triki i ewolucje znane z deskorolki i rowerów BMX a dyscyplinę tę nazwał ChairSkating (WCMX). Jest on, można śmiało powiedzieć, prekursorem tego sportu. Kiedy zaczynał, na rynku nie było wystarczająco mocnych i amortyzowanych wózków które by się sprawowały bez większych kłopotów technicznych i zapewniały jak największy komfort podczas wykonywania ewolucji przez wózkersa-wyczynowca. Gdy przy którymś triku wózek Aarona najzwyczajniej w świecie się rozleciał, jedna z firm zaprosiła go do współpracy nad pierwszym wózkiem dedykowanym do ChairSkatingu, który miałby służyć nie tylko jemu, ale również innym wózekrsom zainteresowanym tym konkretnym sportem.

Aaron wykonał wiele trików, występował na różnych pokazach i zawodach, ale ja opowiem Wam o tych, moim zdaniem, najważniejszych. 
Jako pierwszy na świecie, i to w wieku 14 lat, wykonał z powodzeniem backflipa (wyskok z rampy->salto w tył->lądowanie) na wózku inwalidzkim. Następnie w 2006 roku zajął 4 miejsce w grupie średniozaawansowanej na zawodach Vegas AmJam BMX. Warto podkreślić, że były to zwykłe zawody bez ulg dla niepełnosprawnych a w rywalizacji Aaron pokonał wielu zdrowych i sprawnych kolegów. W wieku 18 lat ponownie zachciało mu się salt xD ale tym razem, żeby nie było zbyt banalnie, podniósł sobie poprzeczkę i wykonał podwójnego backflipa - również z powodzeniem ;) W 2010 roku dołączył do ekipy Nitro Circus Live Tour i ruszył w trasę obejmującą Stany Zjednoczone, Australię, Nową Zelandię oraz Europę. Było to show mające na celu promocję takich sportów jak właśnie Skateboarding, BMX itp. W tym czasie Aaron miał okazję wykonywać triki na ogromnej rampie mającej 50 stóp, czyli nieco ponad 15 metrów. Na tym potworze zaliczył kilka groźnie wyglądających upadków, ale nic wielkiego mu się na szczęście nie stało; no, przynajmniej nie słyszałem, żeby usiadł na wózku po raz drugi xD

Źródło: http://www.hkyantoyan.com/
W Nowej Zelandii podczas trasy postanowił kolejny raz przesunąć granicę swoich możliwości i po raz kolejny jako pierwszy na świecie wózkers wykonał frontflipa (czyli pojedyncze salto w przód) co było już totalnie czymś WOW! Frontflip jest szczególnie trudny o wykonania, ponieważ kształt rampy ułatwia raczej rotację do tyłu, w tych warunkach salto w przód wymaga naprawdę sporo umiejętności oraz siły.
Dzięki swoim niezwykłym umiejętnościom jazdy na wózku inwalidzkim, w 2009 roku Aaron pracował jako dubler Kevina McHale odgrywającego postać poruszającego się na wózku Artie Abramsa w serialu Glee.

Myślę, że jak na skromne 23 latka, dorobek Aarona jest całkiem imponujący. A to z pewnością jeszcze nie koniec - aktualnie Aaron dalej realizuje swoje projekty, obmyśla nowe triki, jest zapraszany na różne imprezy i do różnych programów oraz uczy CharSkatingu innych wózkersów, nawet tych najmłodszych ;) Dzięki działalności Aarona tzw. CharSkaterzy zaczęli się zrzeszać, powstała podobno nawet liga WCMX, no i zainteresowanie wśród wózkersów tego typu sportem zdecydowanie wzrosło, co możecie zobaczyć na filmiku poniżej ;)


Aaron z całą pewnością jest CrazyWillem a nawet CrazyWheelem (szalonym kółkiem) xD z krwi i kości. I nie tylko dlatego, że z pomocą swojego wózka robi niebezpieczne i zapierające dech w piersi rzeczy. Imponuje jego wytrwałość w dążeniu do celu i czerpaniu z tej drogi maksymalnej radości. No i co najważniejsze - dla wielu ludzi wózek inwalidzki może być wyrokiem, a Aaron spojrzał na to w zupełnie inny sposób i potraktował wózek jako narzędzie do realizacji swoich marzeń, jako nową alternatywę, z której grzech nie skorzystać. Aaron wręcz pokochał swój wózek, o czym świadczy hasło na jego blogu: “I love my wheelchair”. Myślę, że taka pozytywna postawa wobec życia jaką wielu z Was potrafi prezentować potrafi zainspirować innych (o ile już tego nie robi), dlatego też: pamiętaj! I Ty możesz zostać CrazyWillem! xD

Jak to przeważnie bywa, na koniec postu wyrażam jakąś nadzieję ;) Dzisiaj jest to nadzieja, że spodobał się Wam pomysł na nową serię tematyczną i że udało mi się tak pozytywną osobę jak Arron Fotheringham opisać w jak najbardziej przystępny sposób. Nie zapominajcie, że Wy również możecie mieć wpływ na tematykę posta lub podpowiedzieć mi, czyją sylwetkę warto tu przedstawić. Czekam na Wasze propozycje, które możecie przesyłać poprzez formularz kontaktowy na blogu bądź w wiadomości na CrazyWill-owym facebooku ;) Trzymajcie się ciepło!

Let’s Rock! Never give up!

Strona Aarona            >>>TUTAJ<<<
Kanał YT Aarona        >>>TUTAJ<<<
Facebook Aarona       >>>TUTAJ<<<


Aaron Story [Angielski]:

poniedziałek, 27 października 2014

Terenowy

Źródło: http://www.adventure-journal.com/


Hey ludziska!

W ubiegłym tygodniu jesień już pokazała swoje pazurki ;) Pogoda, przynajmniej u mnie, była niczym wyjęta prosto z miasteczka Sillient Hill (dosyć mrocznie). Na krótką metę fajna sprawa, ponieważ można poczuć klimat powieści grozy, które zresztą bardzo lubię ;) Mam nadzieję, że i Wy znaleźliście w tym jesiennym ziąbie jakieś pozytywy ;)

Poruszałem już tematy przeszkód architektonicznych i urbanistycznych, które mogą uniemożliwić bądź utrudnić normalne funkcjonowanie wózkersów i innych osób niepełnosprawnych w życiu codziennym oraz społecznym. Lecz, oprócz nich, istnieją również przeszkody związane z ukształtowaniem terenu, tzw. terenowe. Mieszkając w małej wiosce otoczonej łąkami i lasem bardzo lubię przebywać blisko natury i pobyt np. wśród drzew sprawia mi niesamowitą przyjemność. Posiadam też dosyć przyzwoity czterokołowy elektryczny skuterek dla osób niepełnosprawnych, którym mogę się poruszać po wybranych ścieżkach. Ale zawsze coś ciągnie mnie do tego, abym zboczył z wyznaczonej ścieżki; bardzo możliwe, że to ta moja buntownicza i przekorna natura ;) Chciałoby się zobaczyć co kryje następny zagajnik, odkryć jakieś fajne miejsce, dotrzeć tam gdzie wzrok nas poniesie (żądny przygód jestem wydało się). Niestety, wspomniany skuterek nie nadaje się do tego typu rzeczy ponieważ to nie samochód terenowy (choć i ten miewa problemy) i może się wywrócić, zakopać i tym podobne historie moich wy-padków ;) Nie oznacza to jednak, że pokonywanie przeszkód terenowych jest niemożliwe, nawet dla kogoś z zanikiem mięśni. Nie raz już wspominałem, że w kwestii niwelowania trudności na które natykają się wózkersi, spore nadzieje pokładam w technologii. No i oto chyba specjalnie dla takich jak ja, pewna austriacka firma skonstruowała bardzo zmyślny elektryczny pojazd poruszający się na gąsienicach :D Ale co będę dużo pisał, zobaczcie sami ;)


Jest moc, jest dizajn :D Jest też mankament. Niestety: cena dla kogoś, kto nie posiada w kieszeni na taki cel 80 000 zł, jest nie do przeskoczenia. Za tyle to można kupić już całkiem fajny i, przede wszystkim, nowy samochód ;) Jak zobaczyłem, ile kosztuje to cacko, szczęka mi opadła na ziemię, ale w sumie, czego ja się spodziewałem? ;) Oczywiście, można zrobić coś podobnego dużo mniejszym kosztem z pomocą znajomych i przyjaciół inżynierów, aczkolwiek trzeba pamiętać, że odpowiednie podzespoły swoje kosztują. Może kiedyś uda mi się zgromadzić odpowiednie środki na zrealizowanie tego planu; jeśli tak, na pewno przeczytacie o tym, jak zdobywam niedostępne dla mnie knieje :D Na razie pozostaje mi odwiedzanie takich miejsc na youtubie np. na kanałach survivalowców ;) Co zrobić, w spełnianiu marzeń jest potrzebna także cierpliwość, więc lepiej się w nią uzbrójmy ;)
Taki pojazd przydałby się również w porze roku, której bardzo nie lubię, a mianowicie zimą. I nie lubię jej nie dlatego, że przeszkadza mi zimowy krajobraz czy siarczysty mróz. Irytuje mnie, jak ciężko jest brnąć przez śnieg i usypane z niego zaspy na wózku inwalidzkim. W dodatku, śnieżek przymarza do kół, a do tych z kolei ręce, ogólnie jest słabo ;) A na takich gąsienicach jedzie się przed siebie niczym czołg, rozganiając śnieg na cztery wiatry ;) Taki pojazd powinien nadawać się również na ośnieżone stoki, w końcu skuter śnieżny również posiada gąsienice. 
Zapomniałbym jeszcze o tym, jakim problemem dla wózkersa potrafi być piasek, którego mój skuter również nie lubi (szczególnie, kiedy ten jest zbyt głęboki). A takie gąsienice pozwoliłyby iść w wyścigi z mewami na plaży, bądź na spacer wzdłuż linii brzegowej o zachodzie słońca z kimś miłym :D Pustynię Błędowską też chętnie bym odwiedził :)
Na pewno znalazłbym jeszcze wiele zastosowań dla przedstawionego tu austriackiego sprzętu, ale myślę że dałem Wam pogląd na możliwości, które otwiera ;) Gdyby ktoś z Was chciał mi taki zafundować, nie krępujcie się, chętnie posłużę do testów xD

Brak możliwości pokonywania przeszkód terenowych oczywiście nie upośledza jakoś specjalnie życia wózkersa w krajach i rejonach rozwiniętych urbanistycznie (bo już taka np. Syberia to całkiem inna bajka). W końcu nie jesteśmy zmuszani do pokonywania np. jakiejś przełęczy w Tybecie aby udać się do pracy czy szkoły ;) Ale jeśli komuś sprawia radość kontakt z naturą bądź klimaty off-roadowe, chce odwiedzić niedostępne dla siebie miejsca, to dlaczego nie dać sobie takiej możliwości? Założę się, że nie jestem jedynym wózkersem w Polsce, który ma taką a nie inną potrzebę wewnętrzną; aż taki wyjątkowy to nie jestem ;) Dlatego, uważam że powinniśmy wszyscy złączyć siły i wspólnie szukać rozwiązań umożliwiających w jakimś stopniu ujarzmienie przeszkód terenowych ;) Off-roaderzy z całego świata łączcie się! ;) Zawsze łatwiej i efektywniej jest dążyć z innymi do wspólnego celu. Może jest to rozwiązanie także na różne problemy również w innych dziedzinach życia? Nie chcąc wychodzić za bardzo poza wózkersowe tematy, z tą myślą zostawię Was samych ;) 

To już koniec dzisiejszej terenowej wyprawy przez śniegi, piaski i dzikie knieje. Mam nadzieję, że udało mi się przedstawić Wam moją potrzebę hasania tam, gdzie zwykły wózek czy skuter sobie nie radzi. Ale myślę, że pasjonaci wypraw w góry czy też długich marszów w nieznane zrozumieją mnie doskonale :) Szalenie pozdrawiam! Do następnego! :)

Pamiętajcie! 
Nie straszne lasy i knieje, w gąsienicach są nadzieje!

poniedziałek, 20 października 2014

W obronie

Źródło: http://forums.spacebattles.com/

Hey ludziska!

Dobry odbiór ostatniego posta utwierdził mnie w przekonaniu, że podjąłem ważny temat. Pójdę więc za ciosem ;) Dzisiejszy świat jest pełen niebezpieczeństw, a jednym z powszechniejszych na pewno jest agresja wyrażana np. w różnego rodzaju napaściach. Zastanawialiście się kiedyś nad tym, co w takiej sytuacji może zrobić wózkers? Jeśli nie, zapraszam do lektury posta.

Szczęśliwie, nigdy nie byłem bezpośrednim świadkiem czy uczestnikiem takiej napaści. Widziałem natomiast kilka filmików zamieszczonych w internecie (może ktoś też miał okazję widzieć) i na nich, z braku innych źródeł, oprę moje rozważania. Były to najczęściej nagrania z kamer przemysłowych kiedy to dochodziło do próby rabunku np. w sklepie. Okazuje się, że bardzo często w takiej sytuacji wózkers nie jest w ogóle brany pod uwagę jako potencjalne zagrożenie dla rabusia - bo niby co może zrobić, skoro nawet nie potrafi chodzić. Paradoksalnie, w tym momencie taka dyskryminacja działa nam na rękę ;) Złodziej, nic nie podejrzewając, obraca się tyłem... aż tu nagle zostaje mu założona dźwignia na kark i, obezwładniony, ląduje na ziemi nie mogąc uwolnić się od żelaznego uścisku posiadacza czterech kółek ;) Koniec pieśni, a mina złodzieja - bezcenna :D

Przykład opisanej sytuacji:


Jak widzicie, nawet wózkers jest w stanie stanąć w czyjejś czy swojej obronie i poradzić sobie wobec agresji, która może dotyczyć każdego z nas. Powstrzymanie złodzieja na pewno można zaliczyć do aktów heroizmu, niezależnie od tego czy ktoś jeździ na wózku czy też nie. Ilu ludzi podjęłoby się takiego ryzyka? Nawet kogoś młodego, silnego i wysportowanego może sparaliżować strach lub egoistycznie nie zareaguje w ogóle - dbając tylko i wyłącznie o własną skórę, znieczulając się na krzywdę innych. Dlatego uważam, że w tej sytuacji motywacja ma duże znaczenie: to od niej zależy, jak zaciekle o coś walczymy, niekoniecznie fizycznie ;) Zastanówmy się więc nad motywacją. Dlaczego na wpół metalowy xD wózkers zamienił się w szlachetnego rycerza? Przychodzi mi do głowy kilka możliwości.
Utrata tak ważnej rzeczy jak jak sprawność fizyczna pozwala, moim zdaniem, jeszcze mocniej docenić wartości, jakimi są ludzkie życie i zdrowie. Wartości te mogą stać się tak ważne, że w sytuacji zagrożenia ich obrona może być działaniem odruchowym, instynktownym. Podobnie sprawa może się mieć w przypadku ludzi, którzy wylądowali na wózku z własnej winy, z winy skrajnego braku wyobraźni, gdzie przy okazji uszczerbku na zdrowiu doznały również inne osoby. Nie jestem nawet w stanie wyobrazić sobie, w jakiej kondycji psychicznej musi się znajdować osoba, która siada na wózku, w dodatku mając świadomość, że przez nią ucierpieli niewinni ludzie. Jest to chyba przykład jednej z największych lekcji pokory, jakie może dać nam życie. Człowiek, który zdoła pozbierać się po takiej tragedii, prawie na pewno wyciągnie z tego wnioski, stając się lepszy, mądrzejszy i bardziej odpowiedzialny za siebie i innych. To właśnie ta odpowiedzialność i obietnica dana samemu sobie, że nikt w moim otoczeniu już nie będzie cierpiał, może prowadzić do aktów bohaterstwa. Trzeci powód, jaki przychodzi mi do głowy, często gdzieś tam przewija się w moich wypowiedziach. Mianowicie, może to być rodzaj próby, wynikający z potrzeby udowodnienia sobie, że mimo wszystko jestem w stanie zapewnić innym bezpieczeństwo, a wózek nie robi żadnej różnicy w tym, jakim jest się człowiekiem. W końcu każdy człowiek pragnie czuć się potrzebnym - to zdecydowanie podnosi życiowe morale ;)

Sam często zastanawiałem się co bym zrobił, gdyby ktoś mnie napadł i chciał np. okraść (bo chyba nie zgwałcić ;) ). Oczywiście, moja bujna wyobraźnia podsunęła mi cały wachlarz możliwości samoobrony. Pierwszy na myśl przyszedł mi film Obcy - 8. pasażer "Nostromo", gdzie jeden z bohaterów poruszający się na czterech kółkach poskładał strzelbę z elementów wózka inwalidzkiego :D Inne moje pomysły to paralizator, mała, ukryta kusza czy dmuchawka z strzałkami zamoczonymi w silnej neurotoksynie pochodzącej z małych, słodkich tropikalnych żabek :D A w razie wojny - cekaem zamontowany do wózka xD 
Ale już bez tych wszystkich żartów: w takim, a nie innym stanie fizycznym w jakim się znajduję, zostałoby mi chyba tylko wołanie “HELP HELP ZŁODZIEJ!”, licząc na pomoc innych. Gdybym próbował salwować się ucieczką, to poruszając się w moim żółwim tempie, dla dopełnienia komicznego efektu mógłbym chyba tylko krzyczeć “nie złapiesz mnie!” ;) W ostateczności oddałbym wszystkie fanty, telefon na pewno nie jest wart mojego zdrowia i życia.
Nie należy jednak zapominać o jeszcze jednej opcji. Siła mięśni czy wszelkiego rodzaju broń to przecież nie jedyny sposób na obronę i wyjście z trudnej sytuacji. Zawsze można podejść do sprawy jak policyjny negocjator. Psychologia i manipulacja może być dużo bardziej skuteczna niż pięść, a dobra gadka nieraz potrafi wybawić z tarapatów. Słowo “manipulacja” nie brzmi dobrze, ale kiedy używa się jej do obrony, a nie do naginania świata do własnego widzimisię czy działania na krzywdę innych, to nie widzę w tym nic złego ;) Jak to mówią, tonący i brzytwy się złapie, byle pozostać na powierzchni. W każdym umyśle, nawet psychopaty, można znaleźć lukę, którą można wykorzystać na własną korzyść. Już sama próba zrozumienia napastnika może bardzo pomóc. Zachowując opanowanie, opowiadając o sobie, okazując chęć współpracy możemy zmienić nastawienie bandziora - staniemy się w jakiś sposób związani z nim, a nie okrada się przyjaciela, czyż nie? Drugiego człowieka można podejść na tysiąc różnych sposobów, sztuką jest wybrać odpowiedni - tutaj już, niestety, trzeba zdać się na swój instynkt. 
Mimo, że mam poczucie, że prawdopodobnie wyszedłbym obronną ręką z takiego spotkania, wolę nie próbować i dmuchać na zimne, unikając szemranych ciemnych uliczek i podejrzanego towarzystwa. Ironią byłoby tyle walczyć ze swoją nieuleczalną chorobą, a skończyć wykrwawiając się na zimnym asfalcie ;) Warto zdawać sobie sprawę ze swoich atutów fizycznych i umysłowych, ale lepiej nie kusić losu ;)

To już koniec tego tematu w klimacie kryminału :D Groźne międzyludzkie sytuacje dotyczą wszystkich, bez względu na sprawność, ale mam nadzieję, że udało mi się pokazać że również wózkers potrafi wyjść z takiej opresji, czy to używając swoich mięśni czy też perswazji słownej ;) Mam też nadzieję, że nie przestraszyłem żadnego wózkersa na tyle, żeby bał się wychodzić z domu ;) Tak naprawdę, żeby być absolutnie bezpiecznym chyba musielibyśmy nie wychodzić z łóżka xD Są tylko dwie opcje: albo podejmujesz wyzwania i żyjesz, albo umierasz ze strachu do końca życia. Pierwsza opcja wydaje się dużo bardziej ciekawa i kusząca ;)
To na tyle ludziska! Dzięki za uwagę i do następnego ;) A tymczasem - Cztery koła, wiara w siebie, spójrz przed siebie!

Pamiętaj!
Gdy ktoś chce uderzyć Cię w twarz
to do obrony prawo masz xD

poniedziałek, 13 października 2014

Zakaz wstępu



Hey ludziska!

Moi mili, zdarzało się, że jako wózkers bardzo często byłem dobrze odbierany w różnych miejscach, na imprezach, a ostatnio na koncercie IN FLAMES.  Różnie się to objawiało: ktoś mi mówił, że darzy mnie szacunkiem, że mnie podziwia, ktoś przybijał “piątkę”, podawał dłoń ;) W takich sytuacjach zwykle czuję się nieco dziwne, bo uważam, że nie robię nic nadzwyczajnego - ja tylko po prostu chcę i staram się żyć normalnie. Niemniej, zawsze było to bardzo miłe i budujące doświadczenie. Ale, tak jak odwrotnością ciepła jest zimno, tak i można dosyć boleśnie nadziać się na negatywne słowa i zachowania w stosunku do osób niepełnosprawnych. I właśnie o tym dość przykrym temacie chciałbym dzisiaj trochę popisać.

Był taki okres w moim życiu, kiedy spędzałem sporo czasu przesiadując na czacie. Wynikało to z potrzeby poznawania nowych ludzi bez konieczności angażowania w to osób trzecich. Przypominam, że komputer i internet to ważne okno na świat dla osób niepełnosprawnych. Do dziś zresztą utrzymuję kontakt z niektórymi poznanymi tam osobami (pozdrawiam!). Ale nie wszyscy rozmówcy są równie sympatyczni. Była taka dziewczyna, czarny charakter; potrafiła mocno krytykować ludzi za drobnostki, w dodatku z niemałą agresją słowną. W końcu i ja znalazłem się na jej widelcu, choć nie miałem pojęcia, dlaczego tak się stało. Jak to ja, w końcu doprowadziłem do konfrontacji i doszło między nami do rozmowy, ponieważ chciałem się dowiedzieć, co ja jej, cholibka, złego zrobiłem? Jak myślicie, co się okazało?
Otóż, w skrócie: dowiedziałem się, że jestem “niepełnosprawnym darmozjadem żyjącym na garnuszku państwa”. Przyznam, trochę mnie zatkało, ale nie odpowiedziałem na ten wybuch agresją. Cóż, samo określenie “życie na garnuszku państwa” jest dosyć zabawne, biorąc pod uwagę wysokość renty socjalnej, będącą raczej odwrotnością dobrobytu xD Nadmieniłem, że trzeba jednak dać z siebie trochę więcej w życiu, choćby po to, żeby człowieka stać było na różne drobne przyjemności ;) Poza tym, nakreśliłem rozmówczyni nieco moje ambicje: że sama egzystencja to zdecydowanie za mało jak dla mnie, w końcu nie jestem niepełnosprawny z wyboru i dla własnej wygody. Nigdy nie powiedziałbym czegoś w stylu: jestem na wózku, a teraz wszyscy macie mi robić dobrze, bo mi się należy… xD W życiu!
Po konfrontacji, kontakt z tą czatowiczką stał się dużo bardziej przyjazny. Wniosek nasuwa się jeden: z ludźmi, którzy nie mają pojęcia o pewnych sprawach lub oceniają innych zbyt pochopnie należy rozmawiać, a nie reagować taką samą agresją lub pójść płakać, bo ktoś mówi takie, a nie inne rzeczy na nasz temat. Jeśli sam niepełnosprawny nie wyprowadzi “napastnika” z błędu, to nic się nie zmieni i osoba ta będzie myślała, że ma rację - co na pewno nie pomoże w integracji społecznej. Dlatego apeluję do wózkersów i innych osób z niepełnosprawnością: w kulturalny sposób, ale nie dajcie sobie w kaszę dmuchać :D

Mimo chęci osoby niepełnosprawnej do normalnego funkcjonowania i życia społecznego, zdarza się, że największą przeszkodą staje się nie architektura czy ograniczenia fizyczne, a drugi człowiek. Człowiek, którego charakteryzują uprzedzenia, pragnienie dyskryminacji i, powiem dosyć ostro: ograniczenie umysłowe. Pobieżna analiza prasy dostarcza przeglądu takich sytuacji:

Mrzeżyno: grupka niepełnosprawnej młodzieży wyproszona z potańcówki ponieważ “zajmowali za dużo miejsca i nie kupowali alkoholu”. Z tego co widziałem w artykule, potańcówka mieściła się w namiocie sporych rozmiarów. Pomijając jakieś festiwale czy inne większe imprezy, nigdy nie widziałem namiotowej knajpy zapełnionej tak bardzo, żeby nie dało się nawet palca wcisnąć. A obowiązek spożywania alkoholu już w ogóle mnie bawi xD Wiadomo dla entuzjastów alkoholu taki obowiązek to raj, ale nie wszystkim to służy ;) Wyproszenie z lokalu klienta, który niczego nie zamawia, może jeszcze być jakoś usprawiedliwione. W końcu przedsiębiorca płaci miastu za to, że może rozbić w tym miejscu namiot, płaci licencje za puszczaną muzykę, opłaca dj-a. To zrozumiałe, że chce pokryć te koszty i zarobić. Piszę o tym, bo chcę być obiektywny, a wiadomo, jak media potrafią manipulować treścią. Ale jeśli sytuacja była opisana rzetelnie, to takie potraktowanie drugiego człowieka jest po prostu skandaliczne.

Lublin: pomimo posiadanej wejściówki, wyproszono kulejącą przez swoją niepełnosprawność dziewczynę z dyskoteki. Powód, dla którego została wyproszona wyjaśnił się, kiedy tego samego wieczoru mężczyzna na wózku inwalidzkim przyjechał po swoją żonę i również nie został wpuszczony, nawet na chwilę.

Opisane powyżej sytuacje czytam jako: osób z widoczną niepełnosprawnością nie wpuszczamy. Dlaczego? Bo straszymy innych? Bo młoda, zdrowa, uśmiechnięta młodzież z idealnymi ciałami nie może się bawić z kimś takim? Bo czują się lepsi? Brak wyobraźni to straszna choroba, straszniejsza od zaniku mięśni… Jak dla mnie, życie chwilą i egoizm to dwie zupełnie różne rzeczy. Każdego z nas może dotknąć niepełnosprawność lub prędzej czy później będzie musiał zająć się np. na starość schorowanymi rodzicami czy może babcią, dziadkiem i załamie się ten idealny świat, zbudowany na grząskim gruncie. Nie wątpię, że są osoby którym udało się w szczęśliwym złudzeniu dotrwać do końca swoich dni, ale większość wie, że zabawa nie trwa wiecznie, a idealne ciało czy zajebisty melanż to nie gwarancja szczęścia. Absolutnie nie chciałbym tu wrzucać ludzi chodzących na dyskoteki do jednego worka. Wszędzie znajdą się takie a nie inne grupy ludzi i chyba nie da się nic na to poradzić, można być jedynie gotowym na taką sytuację i przyjąć ją na klatę.

Olsztyn: wózkersowej dziewczynie zabroniono zabawy na parkiecie, ponieważ rzekomo miałaby się jej stać krzywda w tłumie tańczących osób. Dla mnie jest to dosyć niedorzeczne: po pierwsze, była to dorosła kobieta, a po drugie, doświadczenie wózkersa pozwala mu ocenić czy dana sytuacja jest bezpieczna dla niego i dla otoczenia. Do stu piorunów, upośledzenie fizyczne nie wpływa na intelekt, a wózek nie robi z człowieka małego dziecka, które nie jest w stanie podejmować decyzji i brać za siebie odpowiedzialności! Idąc tym tropem, sporo lokali mogłoby nie wpuszczać niepełnosprawnych z powodu niebezpieczeństwa stwarzanego przez np. zbyt dużą ilość schodów, ale to tak samo, jak nie wsiadać do samochodu, bo można mieć wypadek. Jako ludzie i obywatele RP mamy niepodważalne prawo do wolności decydowania o sobie, czyż nie? Gdyby mnie spotkała taka sytuacja, poczułbym się potraktowany bardzo przedmiotowo i na pewno nie odpuściłbym bez walki ;)

Czytając o tego typu sytuacjach, ogarnia mnie piekielna złość. Nikt nie będzie niepełnosprawnych, w tym i mnie, CrazyWilla, wrzucał do kategorii podludzi. Każdy z nas ma swoją wartość i powinien o tym pamiętać. I cokolwiek będą mówić na Wasz temat, Wy przecież wiecie swoje, a to jest, moim zdaniem, najważniejsze ;)
Pomimo, że sytuacje opisane w dzisiejszej notce mogły być trochę straszne i zniechęcające, wózkersi, nie obawiajcie się! Zanim człowiek wybierze się do tropikalnej dżungli, musi najpierw dowiedzieć się na co powinien uważać, żeby przetrwać w razie zaistnienia trudnych warunków. I tak samo tutaj. Czasem może być ciężko, ale nie warto się zrażać i zamykać w swojej skorupce przez ludzi, którym słabo wychodzi myślenie, a w lustrze widzą tylko siebie. Tak naprawdę, taki ktoś jest bardziej niepełnosprawny od Ciebie xD A jeśli chodzi o różne przykre słowa - świadczą one wyłącznie o znieważającym, a nie o znieważanym. Z własnego doświadczenia wiem, że chcąc sprawić nam przykrość, taka osoba zwykle jakimś stopniu opiera się o cechy swojego własnego niechlubnego charakteru. Trochę żal - w końcu musi się takiej osobie ciężko żyć w społeczeństwie będąc takim człowiekiem, no ale na to już nic nie poradzimy. Cóż, jak się wdepnie w błoto, to czyści się buty i idzie się dalej xD

I tym akcentem chciałbym zakończyć dzisiejszą notkę. Nie dajcie się, ludziska! Pozdrowienia i do następnego :)

Pamiętaj!
Gdy głupimi się przejmujesz,
właśnie zdrowie swe rujnujesz
:P