poniedziałek, 30 czerwca 2014

Ćwiczę, więc jestem


Hey ludziska!
Ostatnia notka była naszpikowana różnymi ciężkimi przemyśleniami, dlatego dziś, dla odmiany, coś lżejszego. Chciałbym podjąć temat szeroko rozumianej aktywności fizycznej: rehabilitacji, ćwiczeń, oraz ogólnie dbania o swoje ciało. Wymieniłem te rzeczy nie bez powodu oczywiście ;) Jak to miewam w swoim CrazyWillowym stylu, chcę wziąć uwagę zarówno tych sprawnych jak i tych sprawnych inaczej ;) ponieważ dotyczą nas te same trudy i radości życia. I absolutnie nie mam na myśli tego, że wszyscy jesteśmy tacy sami, po prostu czerpiemy z wspólnej “puli” doświadczeń ;)

Ponieważ jestem absolwentem katowickiego AWF-u, mogę uchodzić za specjalistę w tej dziedzinie. Nie mogłem się powstrzymać - za każdym gdy razem to mówię, brzmi równie zabawnie: tak, studiowałem na AWF-ie ;) Ale spokojnie, nie zostałem wf-istą ;) Studiowałem na kierunku Zarządzanie w fizjoterapii i sporcie os. niepełnosprawnych, więc siłą rzeczy dyskutowaliśmy tam o aktywności fizycznej, profilaktyce, porównywaliśmy, jak to wygląda w naszym i innych krajach. Jeszcze kilka lat temu nie było u nas z tym najlepiej, ale od pewnego czasu można zaobserwować taki boom, modę na bycie fit, co wiąże się z treningami i odpowiednią dietą. 
Materiałów na temat diety, treningów i motywacji jest w internetach cała masa i wciąż ich przybywa. Nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest to już pewnego rodzaju subkultura, na którą składają się różne zachowania. Mamy więc robienie zdjęć sobie (aby pokazać efekty treningów), czy też przygotowanym przez siebie zdrowym posiłkom (jedzenie bez fotki na Instagrama się nie liczy c’nie? ;) ) i wrzucanie ich w sieć. Mamy też chwalenie się poprzez urządzenia mobilne w jakim czasie przebyliśmy jaki dystans biegnąc, jadąc rowerem czy nawet płynąc. Internet, oprócz przydatnych informacji, zawiera również wiele różnych haseł związanych z tym trendem, od takich jak “najpierw masa później rzeźba” czy też bardziej zabawnych “co będziesz robił w sylwestra? biceps i klatę” ;) Pragnący być fit tworzą społeczność, którą łączy pasja prowadzenia zdrowego stylu życia i body buildingu, w której wymieniają się własnymi doświadczeniami i trenują ramię w ramię, wpierając się wzajemnie.
Zauważyłem również, że coraz więcej nawet starszych osób zaczyna maszerować z kijkami do Nordic Walkingu. Mimo, że często robią to w nieprawidłowy sposób, to liczy się przede wszystkim, że CHCĄ pokonać dystans dłuższy niż ten z domu do kościoła czy sklepu. Do tego oddychają świeżym powietrzem, mają szanse rozruszać i trochę rozciągnąć zastane ścięgna i mięśnie, od wysiłku poprawia się krążenie - mogę się założyć, że dzięki temu ci ludzie będą spędzać mniej czasu w i tak już za długich kolejkach do wszelkiego rodzaju lekarzy ;) Można zatem spokojnie stwierdzić, że z aktywnością fizyczną w naszym kraju jest coraz lepiej :)

Jeśli chodzi o moją własną aktywność fizyczną to, jak pewnie wiecie, jako osoba niepełnosprawna dla utrzymania swojej formy przechodziłem w życiu nie jedną rehabilitację, a w tej chwili jeździ do mnie dwa razy w tygodniu bardzo sympatyczna rehabilitantka ;) Ale to nie wszystko co robię. Ze dwa lata temu uświadomiłem sobie, że młodszy już, niestety, nie będę, silniejszy też nie, więc żeby utrzymać jak najdłużej mój stan muszę ćwiczyć nie tylko dwa razy w tygodniu, a codziennie, na własną rękę. I tak już od tych prawie dwóch lat ćwiczę sobie od poniedziałku do soboty, niedzielę, jak przystało ;) zostawiając sobie na odpoczynek lub jako taki dzień buforowy - jeśli nie uda mi się poćwiczyć w którymś dniu, nadrabiam to w niedzielę ;) Teraz już się przyzwyczaiłem, ale początki naprawdę były trudne i kosztowały mnie wiele samozaparcia i silnej woli. Do tego ograniczyłem węglowodany i napoje słodzone, teraz piję głównie wodę (w tym także ognistą ;) ). Ale warto było, bo teraz czuję się lepiej, trochę schudłem i w dodatku prawie w ogóle nie choruję, mimo że wcześniej choróbska dopadały mnie dość często. Jestem już na takim etapie, że jeśli z jakiegoś powodu nie poćwiczę, mam wyrzuty sumienia, co jest niezłą motywacją ;) Czy można to nazwać uzależnieniem od endorfin? ;)

Kolejnym impulsem do poruszenia tego tematu byłą moja niedawna rozmowa z mamą pewnego chłopca, niestety również chorego na zanik mięśni. Obsypany przez nią komplementami: że dobrze wyglądam, że wyszczuplałem, odpowiedziałem, że pracuję na to, ćwicząc codziennie. Skwitowała to stwierdzeniem, że podziwia, bo sama chciałaby trochę potrenować, ale nie potrafi się do tego zmobilizować. To dało mi do myślenia, bo faktycznie - kto nie miał, albo nie ma, problemów z motywacją? Wydaje mi się, że znajdzie się tylko garstka takich osób. Co więc jest moją motywacją? Moją motywacją jest moje życie, bo nie ćwiczę, jak ktoś fizycznie sprawny, dla formy czy lepszego wyglądu. W moim przypadku chodzi o to, że chcę utrzymać się w jak najlepszej kondycji fizycznej, aby jak najdłużej móc żyć komfortowo. A czy tak się stanie zależy tylko i wyłącznie ode mnie, bo mój los spoczywa w moich rękach. 
Oczywiście, każdy powód jest dobry, aby dbać o swoje ciało, zdrowie i kondycję ;) Jeśli więc chcesz zawalczyć o siebie, o swoje ciało to myślę, że naprawdę warto. Już nawet pomijając wszystkie pozytywne aspekty zdrowotne, pomyślcie, jakie to musi być zajebiste uczucie, kiedy po wielu wyrzeczeniach, kilkudziesięciu tygodniach solidnego wysiłku, gdzie wylaliście hektolitry potu, pochłonęliście jeszcze większe ilości wody, stajecie przed lustrem i wyraźnie widać efekty Waszej ciężkiej pracy. Jak tu się nie cieszyć, gdy widać, że te wszystkie wysiłki przyniosły efekty? Mówi się, że wszystko co jest dla nas ważne, warte jest wysiłku i zgadzam się z tym powiedzeniem w 100% :)
Zatem, mimo, że moje mięśnie się nie regenerują ("CrazyWill na wojennej ścieżce."), a tych, które mi pozostały, nie mogę zbytnio przemęczać, nie jestem zazdrosny o wysportowane sylwetki. Jestem za to pełen podziwu dla wszystkich tych, którzy podjęli wyzwanie i osiągnęli sukces :)

Podsumowując, zgadzam się, że niedostateczna motywacja może być przeszkodą do zadbania o siebie poprzez wysiłek fizyczny. Nie jest to droga łatwa, a na samym początku może wydać się bardziej niż mało przyjemna, o czym przekonałem się na własnej skórze ;) Warto jednak pamiętać o tym, że nasze życie i zdrowie leży w naszych rękach, a życie przecież, przynajmniej w tej formie, w której się teraz znajdujemy, mamy tylko jedno. Jeśli ktoś akceptuje siebie samego i jest szczęśliwy - okej, fajnie, ale jeśli jest inaczej, to wyjście z naszej strefy komfortu i podjęcie wyzwania jest możliwe i warte tego “garnuszka z złotem” po drugiej stronie tęczy ;) Człowiek bardzo często bywa taką szczwaną “bestią”, że kiedy bardzo czegoś chce i się uprze, potrafi dojść do wyznaczonego sobie celu - tak przynajmniej uważam, ale jestem gotów podyskutować na ten temat, jeśli się ze mną nie zgadzacie :) Jak to mówi Robert Burneika (Hardkorowy Koksu), od którego sam bardzo chętnie bym ukradł trochę masy mięśniowej ;) NIE MA LIPY! Nie może być lipy ;)

Jak zawsze bardzo się cieszę, że czytacie te moje wypociny ;) wiem też, że łatwiej powiedzieć/napisać niż zrobić, dlatego nie wiem jak Wy, ale ja zaraz idę poćwiczyć, bo od tego całego pisania nabrałem na to ochoty ;) Może sami się przekonacie, że w końcu staje się to czymś, bez czego nie można żyć :) Pozdrawiam i życzę Wam silnej woli, wiele determinacji i dyscypliny w wszystkim co robicie! :)

Pamiętaj
W wysiłku moc, w wysiłku siła
bądź nie do zdarcia, jak diamentowa piła xD

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Dwoista natura



Hey ludziska!
Co prawda, notki z ciężkimi tematami są chyba niezbyt popularne, bo mają mało komentarzy, ale w sumie co mi tam ;) Moi drodzy, opowiem Wam o pewnej ważnej sprawie, która pewnie oprócz mnie dotyczy również innych osób niepełnosprawnych, które za dużo myślą ;) Taki nadmiar myślenia to chyba największa trudność w mojej sytuacji. Postaram się Wam tę sprawę wyjaśnić w jak najbardziej poukładany sposób, choć nie wiem, czy to będzie łatwe ;)
A będzie to notka o biologii i metafizyce.

Na początek może małe pytanie: Co wpłynęło na to że osoby niepełnosprawne mogą żyć, funkcjonować i spełniać się? Jestem człowiekiem ciekawym i dociekliwym, którego interesują różne dziedziny z świata nauki (kiedyś nawet marzyłem żeby zostać zoologiem…) zatem już dawno się nad tym zastanawiałem, czego serdecznie żałuję, gdyż mój mózg eksplodował tysiącami nowych myśli i pytań. A odpowiedź, moim zdaniem, brzmi: rozwój cywilizacyjny. 
Można długo wymieniać, co rozwój cywilizacyjny niesie dla niepełnosprawnych: leki, sprzęt ortopedyczny, wynalazki które pozwalają przystosowywać budynki i infrastrukturę dla os. niepełnosprawnych, to że nie muszę iść polować na jedzenie bo znajdę je w supermarkecie itd. Ogólnie, rozwój technologiczny przyniósł z sobą różne udogodnienia, które przyczyniły się również do tego, że człowiek zyskał więcej czasu na to by usiąść sobie na trawce, spojrzeć w niebo i zastanowić się nad tym całym światem. To z kolei przyczyniło się do rozwoju filozofii, religii, uczuć, że tak powiem, wyższych i sfery emocjonalnej człowieka (wiem, że upraszczam, ale chodzi o zasadę). Następstwem tego była zmiana ludzi z istot czysto fizycznych, uwarunkowanych biologicznie, walczących o przetrwanie. Nasze przemyślenia i uczucia nabrały wartości, pojawiła się metafizyka. Ktoś pomyślał, że człowiek bez ręki, nogi, nie chodzący, mimo że często bezużyteczny w taki fizyczny sposób (pamiętajmy, że niegdyś praca umysłowa nie była tak rozpowszechniona i pożądana jak w tej chwili, no i praca wspierana elektroniką rozwinęła się na przełomie XX i XXI wieku!), nie jest obojętny dla społeczeństwa. 

To taki opis naprawdę ekstremalnie skrócony i bardzo ogólnikowy, żeby zobrazować proces, który doprowadził nas do takiego momentu w historii, kiedy to społeczeństwo nie musi/nie chce pozbywać się swoich chorych i słabych. Może moje słowa na temat pozbywania się chorych i słabych brzmią okrutnie, lecz kiedyś nie bywało w tym zupełnie nic dziwnego, to było tak oczywiste jak tarcza słońca wznosząca się na horyzoncie o poranku. W niektórych społecznościach starsi ludzie z własnej woli odchodzili odbyć swoją ostatnią wędrówkę by odciążyć swoich bliskich. Trzeba pamiętać, że w dawnych czasach, priorytetem było przetrwanie społeczności, nie jednostek, a nadmiar miłosierdzia mógł skończyć się tragicznie.
Lecz nie możemy zapomnieć że opieka nad słabszymi nie jest domeną tylko i wyłącznie czasów współczesnych gdyż istniały już w naszej historii cywilizacje o wysoko rozwiniętej świadomości społecznej.

W tych moich rozważaniach przepołowiłem człowieka na dwie części: jedną biologiczną, opartą na instynktach oraz drugą, zawierającą różne mentalne wartości, uczucia, myśli, duchowość i ogólnie całą metafizyczną stronę nas samych. Ludzki byt jako dwie różne połówki, jednakże tego samego jabłka ;)
Mój problem, jako osoby niepełnosprawnej, polega na tym, że te dwie połowy nie zgadzają się z sobą. Owszem, ta część emocjonalna, psychiczna, mimo wszystkich przeszkód pozwala mi żyć szczęśliwie :) Ale jestem też samoświadomy i wiem, że nie jestem doskonały pod względem biologicznym i już raczej nigdy nie będę. No nie jest to zbyt przyjemne odczucie ale, jak możemy się często przekonać, na życie składają się nie tylko te przyjemne rzeczy ;) 

Kiedy moja robaczywa połówka jabłka sprawia największy problem? Głównie jest to związane z poszukiwaniami partnera, czy -w moim przypadku bardziej ;) - partnerki życiowej. Są związki, w których liczy się więź, połączenie, porozumienie mentalne, intelektualne i emocjonalne i które fizyczną stronę człowieka mają gdzieś na drugim planie. Jednak gro ludzi kieruje się (nawet podświadomie) jakże pięknym w swej dzikości i pierwotnym instynktem doboru partnera i przedłużenia gatunku, zwracając uwagę przede wszystkim na pożądane cechy fizjonomiczne. Ostrzegam: gdyby ktoś starałby się przekonać mnie, że jest inaczej, mógłbym zareagować niekontrolowanym prychnięciem ;)
Facetem będąc, mogę tę sytuację opisać z męskiego punktu widzenia. Być może kobiety mają tu łatwiej, jako że to od faceta tradycyjnie wymaga się siły i opieki, natomiast kobieta wymagająca opieki nie jest w społecznej świadomości czymś dziwnym (http://9gag.com/gag/aozQwOX); być może nie. Prosiłbym moje Czytelniczki o zabranie głosu w tej sprawie (już czuję na sobie te wrogie spojrzenia feministek ;) )
W każdym razie, dziewczyna zakochuje się w mężczyźnie poruszającym się na wózku. Jednak, kiedy mijają te chwile pierwszego silnego zauroczenia, dziewczyna zaczyna rozmyślać o tym, że nie tak wyobrażała sobie przyszłe życie. Zawsze chciała mieć silnego męża, który wymieni żarówkę, przeniesie ją przez próg, weźmie na barana, będzie bawił się z gromadką ich dzieci, a tu siłą rzeczy tego i wielu innych rzeczy nie ma. I nie będzie. Być może, w rozmyślaniach tych aktywnie pomaga jej rodzina lub inne bliskie osoby, pytając, jak wyobraża sobie przyszłość u boku takiego mężczyzny. Kobieta czuje się coraz bardziej nieszczęśliwa i w końcu dochodzi do rozstania. Co czuje wtedy taki porzucony z powodu fizycznego wybrakowania mężczyzna? Mniej więcej to samo co każdy porzucony mężczyzna, plus chaos światopoglądowy. W końcu, naprawdę był dla niej kimś wyjątkowym, a jedyną rzeczą, która przekreśliła szanse na coś pięknego, jest to na co nie ma się wpływu (no chyba że jest się obrzydliwie bogatym) - powłoka zewnętrzna.
Takie rozmyślania to dla delikatnej męskiej psychiki ;) ogromny cios i mogą doprowadzić do prawdziwego załamania. No cóż, świadomość własnych niedoborów zawsze będzie gdzieś tam nas psychicznie obciążać, ale z drugiej strony mleko się rozlało i nie ma co nad nim płakać. W takich momentach tym bardziej warto pamiętać, że składamy się z dwóch uzupełniających się części. Najlepiej chyba skupić się na tej naszej części “metafizycznej”, umysłowej, która może w jakiś sposób zrekompensować nam braki fizyczne. Przy jej rozwijaniu, wyobraźnia zaczyna intensywniej pracować, więcej rozumiemy, więcej dostrzegamy i doceniamy rzeczy, które inaczej trudno zauważyć. Po prostu dochodzi do samorozwoju, przy którym człowiek staje się lepszy od swojego starego JA. Pewnych rzeczy już nie zmienimy, dlatego róbmy swoje, mimo zasieków idźmy do przodu, mając swoje nadzieje, marzenia i wszystko co trzymacie w swoim życiowym plecaku ;) Wniosek jaki mam dla Was dziś z tych dywagacji CrazyWilla jest taki, że najlepiej stąpać twardo po ziemi ale mieć na tyle długą szyję żeby głową bujać w chmurach ;) 

Wyszedł mi taki wywód światopoglądowy, lecz czasem człowiek wpada w taki nastrój gdy zawiesza swój wzrok na jednym punkcie, pogrążając się w własnych myślach, skupia się na poszukiwaniu odpowiedzi na niełatwe pytania. Jest to stan tzw. CrazyWillowej filozofii xD Często w tego typu tematach nie można do końca dojść do jednoznacznych wniosków i chyba sam do nich do końca nie doszedłem, ale starałem się, naprawdę :) Za to nabiłem kolejne punkty umiejętności w przekazywaniu Wam tego, co mam na myśli :D Każde doświadczenie jest bezcenne :)

Dzięki wielkie za uwagę oraz za to że jesteście :) I życzę Wam ludziska, w dzisiejszym dniu i nie tylko, ……………. (w wykropkowanym polu wpisać czego potrzebujecie, dla każdego coś dobrego:))
Pozdrawiam!

P.S.
Może uda mi się zrobić taki rys historyczny jak wyglądało to postrzeganie osób niepełnosprawnych w przeszłości, dla wszystkich tych, którzy są żądni wiedzy.

Pamiętaj!
Tam, gdzie w dwóch połowach sprawa, potrzebna jest równowaga ;)

poniedziałek, 16 czerwca 2014

CrazyWill-owy Off-road


Hey, hey ludziska! :)

Był już post “Pomocna dłoń”, w którym to pisałem o podejściu do tematu pomocy osobie np. poruszającej się na wózku inwalidzkim. Dziś wpadłem na pomysł, żeby podpowiedzieć Wam jak obsłużyć wózek bo to, choć wydawałoby się instynktowne, wcale takie nie jest ;) Założę się, że jest wiele osób które chciałyby pomóc, tylko nie mają pojęcia o prowadzeniu wózka i trochę się tego boją - ten post piszę specjalnie dla Was ;)

Jeszcze słowem wstępu, moje porady dotyczą wózka, który posiada rączki w oparciu, za które można złapać. Trafiają się także wózki aktywne z bardzo niskimi oparciami i w dodatku bez rączek, ale to głównie dotyczy paraplegików, którzy zazwyczaj świetnie dają sobie radę, dlatego też nie muszą mieć takich bajerów ;) Choć i oni czasem potrzebują pomocy, to mają na tyle siły w rękach, że panują nad wózkiem i na pewno odpowiednio Was poinstruują :) Wracając jeszcze do oparć to tu mała ciekawostka: niskie oparcie wbrew pozorom jest bardzo wygodne i wymusza postawę wyprostowaną, bo prawidłowo podpiera lędźwie. Osobiście nie pamiętam, kiedy ostatni raz w życiu się garbiłem ;) Przy wysokim oparciu człowiek się rozleniwia, opiera całym ciałem i ma możliwość ułożenia kręgosłupa w złej pozycji, a jeśli nie ma większej części oparcia, to też nie ma takiej możliwości ;) Choć oczywiście są schorzenia, które potrzebują tych zwykłych oparć, żeby człowiek nie leciał bezwładnie do tyłu. Wracając jeszcze do niskiego oparcia - osoba pchająca wózek ma się trochę gorzej, szczególnie kiedy jest wysoka; na pewno przy tego typu operacji uwydatniają się pośladki schylającego się “kierowcy” xD

Dobra, więc jak to jest z tym pchaniem od tyłu? xD
Samo prowadzenie wózka nie jest wielką filozofią - wystarczy złapać za rączki i popychać. Wózki też bez problemu skręcają w każdą stronę, tak więc nie ma się co nad tym specjalnie rozczulać ;) Poniżej praktyczny przewodnik, jak radzić sobie z (prawie) każdym terenem.

Miasto
W pierwszej kolejności zastanówmy się, na jakie trudności możemy się natknąć w mieście?
Pułapki, jakie na nas tu czyhają to głównie: krawężniki, odstające płyty chodnikowe, studzienki kanalizacyjne, pokrywy z węzłów telekomunikacyjnych, zbyt odstające blachy z okienek piwnicznych i tym podobne elementy. Wymieniam je, gdyż o tyle o ile pchanie wózka nie jest trudne, to o takie przeszkody przednie koła bardzo lubią się blokować, a takie nagłe zatrzymanie może grozić zgubieniem po drodze pasażera xD Dlatego w mieście należy zwracać baczną uwagę na to, co znajduje się przed nami.
Jeśli jest taka możliwość, najlepiej omijać różne takie drogowe “miny”, ale jeśli nie nie da rady, i na to jest sposób ;) Należy przechylić wózek naciskając na rączki, tak aby przednie koła się uniosły (jest to tzw. balans) - wtedy możemy przejechać po niewielkiej przeszkodzie nie ryzykując, że przednie koło o coś zawadzi. Na pozór może się to wydawać trudne, a wózek w tej pozycji ciężki do utrzymania, ale takie nie jest: wystarczy wyczuć środek ciężkości i odpowiednio nim balansować i w takiej pozycji przejechać przeszkodę.
No dobrze, a co z większymi przeszkodami, jak np. bardzo wysoki krawężnik?
Zjeżdżanie najlepiej uskuteczniać powoli tyłem: najpierw Wy, potem duże koła a na końcu małe. Jeśli chodzi o wjazd, robimy to przodem: podnosimy przednie koła, kładziemy je na chodniku, po czym wpychamy tam resztę wózka.

Wieś/ tereny mniej zurbanizowane
W takim terenie czyhają na nas: grząski grunt, dziury, błoto, duże kałuże. Taki trudny teren najłatwiej pokonuje się na dwóch tylnych kołach, a w szczególnie trudnych przypadkach również na dwóch kołach, tylko że tyłem. Jest to o tyle trudne, że niestety nie mamy oczu z tyłu głowy, ale zerkając czasem za siebie i ostrożnie stawiając stopy powinniście sobie poradzić i z takim problemem ;)

Wnętrze budynku
Nie licząc zbyt wąskich futryn, które są właściwe nie do pokonania bez demontażu wózka bądź pasażera, to najgorsze bywają progi i oczywiście schody.
Przez próg możemy przejechać podobnie jak w przypadku krawężników, co oznacza: podniesienie przednich kół, przełożenie ich nad progiem, następnie opuszczenie ich i przepchnięcie kół tylnych przez owy próg ;). Jeśli jest to próg wynikający ze zmiany poziomu jakiegoś pomieszczenia, to postępujemy dokładnie tak jak w przypadku krawężnika. Zjechać też można tyłem, jeśli próg jest zbyt wysoki.
Schody to już bardziej skomplikowana sprawa, chyba że klatka schodowa jest na tyle szeroka, żeby wózek mogły wnosić 4 osoby. Jeśli nie, to robi się to we dwójkę. Wspinając się w górę, osoba, która jest u góry przechyla wózek na dwa tylne koła i ciągnie go, schodek po schodku, do góry, a osoba na dole asekuruje i popycha od dołu. W drodze na dół osoba asekurująca przyhamowuje wózek, aby sytuacja nie wymknęła się spod kontroli przez zbyt szybki zjazd. (Co ja gadam, w dół po prostu rozpędzacie wózek i puszczacie; można jeszcze ewentualnie otworzyć okno lub balkon xD)
Jest także możliwość żeby operację schodową wykonywała jedna osoba, ale musi mieć ona odpowiednią ilość siły i doświadczenia ;) także tu lepiej będzie poprosić o pomoc i krótko poinstruować świeżo upieczonego asystenta.

Zjazd ze stromej górki
Jeśli teren jest równy, można jechać normalnie, choć bardzo często po prostu dla wygody zjeżdża się na dwóch kołach. Uwaga! Obie z tych opcji bardzo obciążają łydki, więc jeśli zjedziecie tak kilka razy, będą cudnie umięśnione xD Najbezpieczniejsza wersja zjazdu ze szczególnie wielkiej stromizny to, standardowo, zjeżdżanie tyłem ;)

To chyba na tyle jeśli chodzi o takie podstawowe zasady obsługi wózka inwalidzkiego. Mam nadzieje że troszkę rozjaśniłem kwestie techniczne i że komuś się ta wiedza przyda ;) Zdaję sobie sprawę, że często teoria różni się od praktyki, ale kiedy ma się jakieś wskazówki na początek, jest zdecydowanie łatwiej ;) A kiedy coś nam nie wychodzi, najlepiej wziąć głęboki oddech i skupić myśli nad tym co jest nie tak, nic na siłę :) Widywałem przypadki, kiedy ktoś pierwszy raz miał do czynienia z wózkiem i bardzo chciał pomóc ale nie bardzo mu to wychodziło, i z tego powodu robił się czerwony ze wstydu. Nie stresujcie się tak niepotrzebnie, bo przecież naprawdę nikt nie stoi nad Wami z pejczem krzycząc “szybciej!”, a poza tym zrozumiałe że kiedy robi się coś po raz pierwszy w życiu, nie od razu wszystko wychodzi ;) nie ma powodu do wstydu :) Pamiętajcie tylko, żeby w tym ferworze kierowania nie zgubić pasażera! ;)

Pamiętaj!
Że
Na schody i krawężniki, mamy różne triki ;)

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Wyobraź sobie...

                                                           
Dziś postanowiłem zabrać się za temat, który dotyczy naszego wnętrza, psychiki, wyobraźni. Wnętrze to bywa skomplikowane, a emocjom i uczuciom przypisujemy przenośnie i metafory, zrozumiałe często tylko dla nas samych. Dlatego wybaczcie, jeśli nieco poniosą mnie dziś skrzydła wyobraźni. A że czasem trzeba poczuć, nie zrozumieć, więc mam nadzieję, że zabierzecie się ze mną na ten lot i że razem ze mną spojrzycie na to z mojej, CrazyWillowej, perspektywy. 

Mówi się, a potwierdza to doświadczenie, że kiedy jeden ze zmysłów przytępia się bądź całkowicie wysiada, w zamian inny zmysł ulega wyostrzeniu. Najbardziej znanym przykładem jest utrata wzroku - w takiej sytuacji najczęściej polepsza się słuch, więc gdyby ktoś chciał obgadać niewidomego, że jego biała laska jest mało stylowa, to nie radzę ;) Takie swoiste przystosowanie organizmu sięga oczywiście dalej: praworęczna osoba straciła głównodowodzącą rękę? Po jakimś czasie mózg będzie w stanie zaadaptować w jej miejsce lewą, która przystosuje się i będzie tak samo sprawna, jak niegdyś prawa. Można, to także zobaczyć na przykładzie osób całkowicie pozbawionych kończyn górnych, które praktycznie wszystko robią stopami, traktując je niemalże jak dłonie. Widać więc, że człowiek jest organizmem żywym, który szybko potrafi się dostosować do zaistniałych warunków.

A teraz spójrzmy na przykład, hmmm, no nie wiem, na mnie? Tak, na mnie ;) 
Moje ciało słabnie w całości i równomiernie, i jeśli chodzi o przystosowywanie się do tej sytuacji oczywiście także to robię, ale im bardziej słabnę, tym mniejsze mam pole manewru. Jeśli chodzi o moje zmysły, określiłbym je jako przeciętne - żaden z nich nie jest wybitny od urodzenia, a nigdy nie straciłem żadnego, żeby inny rozwinął się w zamian. W takim razie, czyżby nic, w żaden sposób, nie kompensowało mojego braku sprawności? Cóż, myślę, że coś takiego jednak jest. Silnie wykształciła się u mnie wyobraźnia, którą osobiście uważam za zmysł - choć totalnie nieempiryczny, tj. nie wliczający się w nasze zmysły poznawcze. W praktyce wygląda to tak, że tam, dokąd nie jestem w stanie wejść, na grzebiecie ogromnego czerwonego smoka poniesie mnie wyobraźnia. Na jej skrzydłach mogę wzlecieć tam, gdzie inni nie mogą.

Jest czwartek, godzina w zasadzie tak późna, że już prawie piątek (no i wydało się, że piszę post kiedy mam natchnienie, a nie w poniedziałkowy poranek ;) ). Można by więc pomyśleć, że piszę post siedząc w swoim pokoju, w słuchawkach rozbrzmiewa muzyka, a moimi jedynymi towarzyszami są lampka nocna i księżyc za oknem, ale to nieprawda. Co jakiś czas przymykam oczy i wtedy widzę siebie na bardzo wysokiej wieży, jestem okryty długim czarnym płaszczem ze szpiczastym kapturem, a z ust co jakiś czas wylatuje mi obłoczek pary. Pode mną rozpościera się ogromne miasto, końca którego nie potrafię dostrzec. Nazwijmy je Życiem. Nie jest ono miastem jutra, czy też wczoraj, tylko dziś. Zwrócony jestem ku północy, lecz na zachodzie widzę złowrogie czerniące się chmury wróżące niepogodę i grozę, a na wschodzie, na linii horyzontu, ledwo dostrzegalne blade światło, zapowiadające rychłe nadejście poranka, a wraz z nim nowych nadziei i szans na lepsze jutro. Przyglądam się uważnie temu miastu i wsłuchuję w jego dźwięki. Myślę o każdym mieszkańcu z osobna i o wszystkich na raz, zastanawiając się czego pragną i czego oczekują od życia, co chciałbym im powiedzieć, przekazać. Taką oto wizję jestem w stanie wygenerować w swojej głowie w ciągu sekundy - i to beż żadnych środków wspomagających ;)

- I co ci, chłopie, po całej tej wyobraźni? - pada pytanie z widowni. Z fizycznego punktu widzenia, racja, zupełnie nic. Ale nie szkodzi, bo uważam, że o człowieku nie świadczy jego zewnętrzna powłoka, tylko jego sposób myślenia, rozwinięta sfera emocjonalna i przede wszystkim psychika, powiązana z naszą osobowością A to wszystko wspomagają różne czynniki, w tym właśnie wyobraźnia, mogąca pomóc uporać się z problemami dotyczącymi naszego wnętrza. Zapytacie, w jaki konkretnie sposób?
Cóż, zacznijmy od tego, że najgorzej mieć niewidzialnego wroga, na przykład nieuleczalną chorobę: komu za to przyłoić? kogo winić? gdzie szukać sprawiedliwości? Kiedy brak materialnego odpowiednika, człowiek samotnie miota się między tymi pytaniami. A ja, dzięki wyobraźni, materializuję sobie w głowie tego mojego wroga, tak samo jak inne demony, które mnie nękają. Od lat prowadzę z nimi heroiczną i zawziętą walkę, mocno dzierżąc oręż w moich dłoniach. To również przekłada się na mój wojowniczy styl bycia w stosunku do wszelkich przeciwności losu, bo lepiej wrócić z tarczą, niż na tarczy. Jak już pisałem, myślę, że warto wyzwolić w sobie wewnętrznego, nieugiętego wojownika ;)

Czasem, kiedy przytłaczały mnie moje troski, to wyobrażałem sobie… a co mi tam, przyznam Wam, że dalej sobie wyobrażam (choć w tej chwili to może już mało dojrzałe), że mimo, że jestem chory i siedzę na wózku, posiadam jakąś super moc; posiadam coś, co czyniłoby mnie wyjątkowym. Co to nie było! Wspomnę tu przykładowo, moc telekinetyczną, umożliwiającą poruszanie różnych przedmiotów (m.in. koła wózka inwalidzkiego) za pomocą siły woli, zdolność lewitacji, umiejętność spoglądania w ludzkie umysły, umiejętność porozumiewania się z zwierzętami, a nawet, w pewnym bardzo niedojrzałym okresie, moc widzenia przez ubrania xD Snucie takich marzeń bardzo poprawia mi humor :D 

Powiedziałem wcześniej, że gdzie sam nie wejdę, poniesie mnie wyobraźnia i rzeczywiście tak jest, bez ściemy. Są miejsca, które bardzo chciałbym zobaczyć, ale są dla mnie niedostępne. A jednak, dzięki opowiadaniom znajomych, zdjęciom i wyczytanym informacjom, jestem w stanie, po zamknięciu powiek, wyobrazić sobie takie miejsce i przebywać w nim choć przez chwilę. Skoro nie mam zamiaru narzekać na to, że czegoś nie mogę, muszę sobie radzić jakoś inaczej ;)

Ale moja wyobraźnia to nie tylko mechanizm do kreacji irracjonalnych obrazów w mojej głowie, to także narzędzie do obserwacji świata i wyjaśniania pewnych wydarzeń czy zjawisk. Często jest tak, że nie muszę się zastanawiać, ja po prostu widzę wyjaśnienie, które pojawia się w mojej głowie i już. Potrafię w prosty sposób wyobrazić sobie przebieg zdarzeń. Dodatkowo pomaga mi w tym moja wrodzona ciekawość świata: już siedząc w wózeczku dziecięcym, potrafiłem gapić się z otwartą buzią na byle spadający liść. Nie miałem wtedy oczywiście jeszcze bladego pojęcia o efekcie motyla i nie zastanawiałem się (jak teraz mi się zdarza), czy akurat ten spadający liść może np. przyczynić się do powstania tsunami w Azji, ale na pewno myślałem coś w stylu “łał liść spada, dlaczego? co się dzieje? jak?” xD Najwyraźniej już od dziecka moja wyobraźnia silnie rwała się do pracy ;)

Chciałem Wam przekazać to wszystko, ponieważ jestem mocno przekonany, że wyobraźnia to naprawdę wielka siła, dzięki, której możemy widzieć świat w zupełnie innych, bardziej soczystych, barwach ;) Dzięki niej życie może stać się zabawniejsze, lżejsze i przyjemniejsze ;) dlatego warto tę siłę w sobie rozwijać. Uważam, że dobrze jest docenić wyobraźnię jako taki pozytywny dopalacz w naszym życiu ;) Zatem, na zakończenie poradzę Wam tylko tyle: OTWÓRZCIE bramy UMYSŁU jak najszerzej :) Trzymajcie się ciepło!

Pamiętaj!

W Twojej jaźni istnieje bogaty świat wyobraźni

Nie ręką, nie nogą, tylko swoją głową ;)

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Leniwy poniedziałek


Hey ludziska!

Miałem kilka pomysłów na dzisiejszy post, ale po rozmowie z moją przyjaciółką padło na lenistwo :P Nie mam tu jednak zamiaru wytykać komukolwiek lenistwa palcem, gdyż doskonale znam ten stan. No, ale oczywiście o ile są osoby takie jak ja, które do lenistwa bez problemu się przyznają, to istnieją także takie, które z jakichś przyczyn będą się zarzekać, że nawet nie wiedzą co to jest, to całe lenistwo. Myślę jednak, że wielu z Was odnajdzie się w tym temacie ;) 

W latach szkolnych, tj. gimnazjum i technikum, zdarzało mi się słyszeć, że ponieważ jestem niepełnosprawny, to żeby poradzić sobie w życiu powinienem dawać z siebie nie 100, a 200% w nauce i we wszystkim, co robię. Ale, jak się zapewne domyślacie, ja osobiście miałem na to zupełnie inny pogląd xD Zawsze uważałem, że człowiek powinien sobie życie ułatwiać, a nie utrudniać, i do celu powinna prowadzić możliwie najkrótsza droga. Podkreślam: możliwie, bo są także takie sytuacje i sprawy, gdzie ta najkrótsza, najprostsza droga jest najmniej pożądana, a nawet nie godzi się z niej skorzystać - tak mi się przynajmniej wydaje ;) 
No, ale wracając do tematu: TAK, jestem leniem, TAK, doszukuję się najprostszych rozwiązań w dążeniu do celu ;) Nawet Bill Gates widzi w tym szaleństwie metodę :D

Czuje, że trochę się zagalopowałem z tym wychwalaniem lenistwa, bo zaraz znajdzie się kilku cwaniaczków w wieku szkolnym i pomyślą tak: “czyli Will nam sugeruje, że nie warto się uczyć i samo lenistwo poparte zaradnością życiową wystarczy”. Ale co to, to nie ;D Owszem, te cechy są ważne, ale bez pewnej wiedzy na nic się nie zdadzą, więc warto się uczyć i rozwijać. Mądrość, bez tej wspomnianej zaradności życiowej, nie działa - byłaby niczym rower pozbawiony kół, więc jaki sens? xD Także, jak to się mówi: “ucz się ucz, bo nauka to do potęgi klucz”, a jak już będziesz miał tych kluczy pęk, to zostaniesz woźnym xD

No dobrze, powiecie, a dlaczego akurat teraz umyślił mi się taki temat? Cóż, CrazyWIll ma w tej chwili taki okres w swoim życiu, kiedy siedzą mu w głowie fajne pomysły i plany, ale, że terminy nie gonią, to wkrada się ta natura lenia i wszystko potrafię naprawdę mocno w czasie przeciągać. I to już (nawet) mnie zaczyna odrobinę denerwować. Oczywiście, z lenistwa można sobie zrobić kult i go praktykować, jeśli komuś pasuje taki sposób spędzania życia i czasu. Czuję jednak, że to nie dla mnie (głos z offu: CrazyWillu, nie idź tą drogą! xD). Dlaczego? Ponieważ, o ile oczywiście nikt nie zna dnia ani godziny, i nawet idąc ulicą można potknąć się i sprawić sobie nieszczęście, to ja jednak wiem, co mi dolega. Mam, jakby nie było, podwyższone ryzyko komplikacji, za czym mogą iść dosyć nieprzyjemne konsekwencje. Lecz, zanim to nastąpi, chciałbym przeżyć i osiągnąć jak najwięcej dla własnej satysfakcji, radości oraz innych korzyści. Poza tym, czułbym się żałośnie ze świadomością, że spędziłem życie na leżeniu brzuchem do góry, twierdząc, że mam na wszystko czas - swoisty życiowy FAIL :P Dlatego też z całej siły pragnę tego uniknąć. Ten post ma być takim motywatorem także dla mnie, pejczem, którym będę dostawał za każdym razem, kiedy będę się lenił. Może nawet w głowie usłyszę głos grzmiący: “do roboty, dziadu jeden!”. Faktem jest, że muszę sobie nałożyć chomąto i ruszyć do pracy ostro z kopyta, tak dla rozpędu, dzięki czemu później już raczej nic nie zdoła mnie powstrzymać. Ale nie chciałbym też przegiąć w drugą stronę i popaść w przesadę, stając się niewolnikiem własnych ambicji - to byłoby równie straszne, co ta leniwa opcja :P Także trzymajcie za mnie kciuki, a i motywacyjne kopniaki mile widziane ;)

Podsumowując, chciałem Wam dziś przekazać w taki bardzo subiektywny sposób, że warto pomyśleć o sobie, swoich marzeniach, planach zanim będzie za późno i powiemy cytując słynnego pana Kazimierza z youtuba: “co to się stanęło?” ;)

Dzięki za uwagę :) Trzymajcie się ciepło i nie dajcie się! 

Pamiętaj!
Leń się leń, ale też coś w życiu zmień ;)