poniedziałek, 29 września 2014

Wózkersowa biurokracja


Hey ludziska!
Witajcie w tym nowym tygodniu ;) Jak zapewne zauważyliście, zaczęło się robić dosyć jesiennie. Nie zwracam Wam na to uwagi w negatywnym kontekście. Co prawda, lubię zieleń i ciepełko, ale za to w okresie jesienno-zimowym jestem najbardziej kreatywny :) i nie mam pojęcia, dlaczego tak jest. Może to taka reakcja obronna na warunki panujące na zewnątrz budynku? Dbam o to, żeby przynajmniej w mojej głowie było kolorowo ;) I to bez narkotyków! ;) A jak Wy sobie radzicie w tym okresie? 

Dziś podejmę temat biurokracji dotyczącej życia wózkersów. A konkretnie, dofinansowań niezbędnego sprzętu - w tym przypadku będzie to wózek inwalidzki, bo bez niego ani rusz (dosłownie;) ). Jak to bywa z urzędowymi sprawami, nie wszystko jest tak proste, jak mogłoby się wydawać i załatwianie takich spraw może czasem zaboleć ;) 
Ktoś zapyta: skoro to takie problematyczne, to czy w ogóle warto się o to przepychać z urzędami?
Cóż, warto, a powiedziałbym, że jest to nawet konieczność, ponieważ większość sprzętu dla niepełnosprawnych jest koszmarnie droga i jeśli chce się kupić coś niezawodnego, coś co posłuży co najmniej kilka lat, ciężko to sfinansować (przeciętny budżet) z własnej kieszeni. Można oczywiście coś pospawać na własną rękę - nawet lubię złomiarski klimat rodem z filmu MadMax, ale jakoś nie ufam swoim zdolnościom inżynieryjnym ;D Niebagatelna cena wynika z tego, że grono odbiorców ze względu na swoją specyfikę jest dosyć wąskie a na pewno węższe od takiego przykładowo segmentu rowerowego. Drugą sprawą jest to, że wózkers nie ma wyjścia i wózek kupić musi - bo nie ma innego sposobu na poruszanie się, chyba że na pośladkach ;) Doliczmy do tego spore marże dla dystrybutorów i tak oto kwota końcowa może przyprawić nas o zawał serca ;)

Do napisania tej notki zainspirowałem się sam - akurat staram się o dodatkowe środki finansowe na nową maszynę ;) Sprzęt, z którego korzystam obecnie ma ponad 6 lat, wydaje z siebie rożne dziwne dźwięki i nie wszystko w nim działa tak, jak powinno. A nie chciałbym gdzieś po drodze zgubić moich cennych czterech kółek. Wbrew pozorom, ta obawa nie jest wcale bezpodstawna - w tym roku już zdarzyło mi się utracić jedno z nich ;) Byłem na imprezie u dobrej przyjaciółki. W trakcie zabawy przejechałem kilka metrów za potrzebą, wracam do stolika i czuję że coś jest nie tak, bo wózek przechyla się na lewo a koło bezczelnie ucieka spode mnie (Wheelchair, you are drunk! Go home!) xD Na szczęście ekipa opanowała sytuację, a niesforne koło zostało prowizorycznie ześrubowane; potem zamówiłem nowe koło i -odpukać- na razie wszystko działa ;)

Zanim przejdę do moich przygód z wózkersową biurokracją parę słów o tym, jakie instytucje są w stanie wspomóc finansowo niepełnosprawnego w sprzętowej potrzebie.
Państwowe instytucje są tu trzy: niesławny NFZ (Narodowy Fundusz Zdrowia) oraz PCPR (Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie) i MOPS (Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej). W NFZ o dofinansowanie na zakup wózka osoby dorosłe mogą ubiegać się raz na 4 lata, a dzieci w wieku 3-18 raz na 3 lata. PCPR i MOPS są równorzędne, ponieważ w jednym lub drugim można starać się o to samo dofinansowanie. A mogą się o nie ubiegać osoby, które mają problem z wpłaceniem udziału własnego lub potrzebują sprzętu, którego cena przekracza kwotę refundacji NFZ. W praktyce wygląda to tak, że PCPR dopłaca do 150% kwoty dofinansowania z NFZ-u, np. uzyskując 1700 zł (z NFZ-u) + 150% dofinansowania NFZ-u z PCPR-u, czyli 2550 zł możemy uzyskać łącznie 4250 zł dofinansowania.
Istnieją także instytucje pozarządowe, tzw. OPP (Organizacje Pożytku Publicznego), do których należą fundacje i stowarzyszenia. O pomoc finansową w zakupie wózka można się w nich starać, o ile instytucje te mają takie zadania zawarte w swoim statucie gdyż jest on fundamentalnym dokumentem, na podstawie którego OPP działają. 
Oczywiście, zawsze można pominąć to co napisałem powyżej i spróbować pod kościołem na rumuńską pandę “Pan da, Pan da” xD/ Abelard Giza

No to teraz ta zabawniejsza ;) część, czyli moje ostatnie perypetie z uzyskaniem pomocy finansowej od naszego ukochanego Państwa ;)
W pierwszej kolejności, po uzyskaniu skierowania, dziarskim “krokiem” xD wybrałem się do doktorka specjalisty wypisać wniosek o dofinansowanie z NFZu. Już tu, jak to często w życiu bywa, nie wszystko idzie po naszej myśli ;) Lekarz źle wypełnił dokument - wypisał go na wózek dla osoby z niedowładem kończyn dolnych. A ja, ze względu na ogólny zanik mięśni, jestem czterokończynowcem, co uprawnia mnie do uzyskania nieco większej kwoty dofinansowania. I tutaj, zgodnie z poglądem, że uczenie się na cudzych błędach mniej boli ;) doradzam dowiedzieć się, jakiego rodzaju dofinansowanie należy się przy konkretnej jednostce chorobowej. Informację tego typu najlepiej uzyskać od firmy, w której chcemy zakupić sprzęt, ponieważ to oni zwykle są dużo bardziej doświadczeni i zorientowani od lekarzy xD 
Dalej okazało się, że w PCPR zabrakło środków, ponoć jednak nie posiadają oni gęsi znoszącej złote jaja (też się zdziwiłem;) ). A stało się tak ponieważ jednostką, która znacznie zasila PCPR jeśli chodzi o wspomaganie niepełnosprawnych jest PFRON (Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych), który swoje środki finansowe przekazuje w transzach na dany okres. Koniec końców, prędzej czy później pieniążki się wyczerpują i człowiek jest zmuszony czekać aż pieniążki pojawią się ponownie lub aż zostaną wygospodarowane w danej jednostce administracyjnej (miasto/powiat). Stąd kolejna moja rada: zanim zwrócimy się o pomoc do NFZ-u, warto dowiedzieć się w jednostce PCPR-u lub MOPS-u pod który podlegamy, czy takowe środki są aktualnie dostępne, a jeśli nie, to kiedy najlepiej składać wnioski.
W obliczu takich porażek postanowiłem anulować i tak już źle wypełniony wniosek do NFZ-u i wyczekać, aż pojawią się środki w PCPR. Co do anulowania owego dokumentu, tutaj jak dla mnie jest pewien fenomen: nawet, jeśli minie okres ważności wniosku, to i tak trzeba jechać go anulować do najbliższej siedziby NFZ. Jest to dosyć absurdalne; chyba powinien istnieć system, w którym wniosek wraz ze wszystkimi danymi jest zarejestrowany i jeśli termin minie, to wniosek zostanie w takim systemie zablokowany, co uniemożliwi jego realizację. I kto wie, może taki system faktycznie istnieje, ale u nas ciągle jeszcze trzeba pofatygować się do urzędu. To taki sposób na wymuszenie aktywności fizycznej u obywateli, jak sądzę :D 

Jakiś czas temu dostałem informację, że PCPR wygospodarował środki na dofinansowanie wózka inwalidzkiego, więc ponownie ruszyłem tę machinę procedur. O ile z powiatową instytucją nie było problemu, to w wniosku NFZ znowu został wykryty błąd (nie wspominając już o kolejkach w oddziale...), a mianowicie brakowało jednego słowa: “niedowład”; no szlag! To ja nie wiem, od czego oni mają symbole schorzeń? Okazuje się, że dla picu... Oczywiście, poszło do poprawy. Tutaj chyba trzeba być bardzo drobiazgowym i mieć wykute na blachę jak prawidłowo powinien być wypisany taki wniosek ;)
Na szczęście już jestem na końcówce tych działań i niemal czuję, jak będę się woził na nowych kółkach ;) Jeszcze tylko czekam na decyzję z PCPR-u, jak będzie pozytywna to składam zamówienie. I nic więcej, tylko czekać na przekazanie środków przez jednostkę i realizację zamówienia ;) Będę palił gumę ;D

Przy tej okazji chciałbym serdecznie podziękować mojej Mamie i Bratu, bo to właśnie oni załatwiają za mnie wiele spraw i stoją w kolejkach. Do różnych instytucji tak czy siak muszę jechać z kimś, bo sam sobie nie poradzę, więc jeśli coś nie wymaga mojej bezpośredniej obecności to szkoda czasu i energii na wsadzanie i wyrzucanie mnie z samochodu. W efekcie, w ogonkach wystają za mnie moi niezawodni stacze kolejkowi, jak w PRL ;) Raz jeszcze: dziękuję Wam bardzo! :)

Jak widzicie, miałem trochę problemów przy tej wózkersowej biurokracji. Choć może zabrzmi to dosyć dziwnie w kontekście tego co o tym napisałem, ale mimo wszystko jestem zwolennikiem biurokracji. Uważam, że bez niej w dzisiejszym postępowym świecie, gdzie występuje tak wiele zależności i żyje naprawdę dużo ludzi, bylibyśmy zgubieni. Nikt by nad niczym nie panował, nastąpiłby kompletny chaos oraz anarchia, a taki stan rzeczy na pewno nie sprzyja bezpieczeństwu obywateli planety Ziemia ;) Nie jestem natomiast zwolennikiem biurokracji przesadnej i nieprzemyślanej, która tylko zżera nasze nerwy, czas oraz zasoby. To przez nią zdarzają się sytuacje, kiedy po prostu można zwariować, na Teutatesa! ;) Jak w filmie animowanym “12 prac Asterixa”, gdzie jedna z prac polegała na zdobyciu zaświadczenia A-38 w “Domu, który czyni szalonym” czyli w urzędzie ;) Nasi bohaterowie, odsyłani od okienka do okienka napotykają bardzo dziwne zachowania urzędników, co doprowadza ich do częściowego obłędu ;) Wydaje mi się, że wizja ukazana w filmie bywa bliska prawdy, nie sądzicie? ;) 

To chyba już wszystko jeśli chodzi o moje ostatnie doświadczenie związane z wózkersową biurokracją. Jak widzicie, zdobycie dofinansowania na wózek to nie taka prosta sprawa, szczególnie kiedy robi się to raz na kilka lat i zdąży zapomnieć, jakie po drodze czyhają pułapki ;) Warto jednak podjąć tego typu działania, choć trzeba się nachodzić i wymaga to trochę wysiłku od nas samych. Ale przecież w końcu nie ma nic za darmo, chyba, że po twarzy ;) Nie mamy wiele do stracenia, a możemy ułatwić sobie życie bez konieczności żebrania na ulicy ;)
Na koniec mam dla Was hasło, które mój brat przyniósł z NFZ-u: “Czesiek, pomożesz temu panu? Bo już trzeci dzień po wózek chodzi.” xD Ta da dam tssss!
Do następnego ludziska! Trzymajcie się ciepło :)

Pamiętajcie!

Jak się w cierpliwości trwa, to się ma!

poniedziałek, 22 września 2014

Mordercza piłka


Hey ludziska!

Zauważyłem, że sposób w jaki opowiadałem o moich upadkach na wózku inwalidzkim przypadł do gustu wielu z Was, co mnie ogromnie cieszy :) Na szczęście nie wykrakałem sobie poprzednią notką nowych wypadków i obyło się bez plasterków ;) 

Obiecałem kiedyś, że wypuszczę serię krótkich notek na temat - moim zadaniem - wartych uwagi sportów uprawianych przez wózkersów. Nadszedł ten czas, a zacznę od mojego ulubionego sportu, a mianowicie Murderball (dosłownie: mordercza piłka) ];-> Taką nazwę nosiło niegdyś rugby na wózkach. Cóż, uważam, że zmiana nazwy była kiepskim pomysłem, szczególnie że część ludzi od dawien dawna lubi, powiedziałbym, bardziej prymitywną i brutalną rozrywkę. Dowód? Wyciągnięty prosto z kart historii: 80 rok naszej ery, Rzym, walki gladiatorów na śmierć i życie. Koloseum pęka w szwach, wszystkie “bilety” wyprzedane w mgnieniu oka. A w dzisiejszych czasach - już nie tak brutalne, ale jednak wciąż niesłabnąco popularne sporty walki: boks, MMA, zapasy i inne. Dlatego marketingowo atrakcyjniejsze moim zdaniem jest właśnie Murderball. Nazwa ta mogłaby przyciągnąć ludzi do tego, mało znanego na świecie, sportu (jak zresztą większość sportów uprawianych przez osoby niepełnosprawne).

Skąd więc wzięła się wdzięczna nazwa Murderball, bo przecież nie od tego, że zawodnicy mordowali się wzajemnie piłką ;) (to zresztą mogłoby być dosyć czasochłonne xD)? Przedstawię Wam moją własną teorię na ten temat. Murderball to bardzo kontaktowy sport, może nie jak w normalnym rugby, gdzie kilku chłopa w pełnym biegu rzuca się na jednego, ale za to wózki zderzają się ze sporym impetem. Bardzo często skutkuje to dosyć groźnymi upadkami (w tym prosto na twarz), po drodze obijając się o pojazdy kolegów czy zawodników z drużyny przeciwnej. Zapewne osoby o słabszych nerwach, które niezbyt dobrze znoszą takie widoki, mogą w takich chwilach zamykać oczy i wydawać z siebie specyficzny syk ;) Ale chłopaki mają twarde głowy i zwykle nie dochodzi do poważnych urazów ;) Zderzeniom wózków towarzyszy hałas niczym u nacierającej na siebie ciężkiej jazdy konnej. Dodajmy do tego donośne porozumiewawcze krzyki zawodników i doping publiczności. W całym tym pozornym chaosie można by stwierdzić, że zawodnik da się zabić dla piłki. Zatem, idąc tym tropem można powiedzieć że tak naprawdę, pośrednio, ale jednak, (odkrywcze i złowrogie TA DA DAM!) to piłka chce zabić ciebie :O Czyż to nie logiczne? :D Ale pamiętajcie, to tylko moja teoria ;)

Gadu gadu, ale jak się gra w te całe rugby na wózkach, zapytacie? Już śpieszę z wyjaśnieniem.
Mamy dwie drużyny. Wygrywa ta, która zdobędzie największą ilość punktów, choć myślę, że ta informacja jest dosyć oczywista ;) Punkty zdobywa się poprzez minięcie linii bramkowej wraz z piłką. Nie jest to takie łatwe, ponieważ każda drużyna zaciekle broni swojej bramki, blokując przeciwników. Jak to we Władcy Pierścieni ujął Gandalf powstrzymując Balroga: “You shall not pass” xD
Występuje zasada którą nazywam “piłka parzy”, co oznacza, że nie można trzymać piłki dłużej niż 10 sekund, należy ją odbić lub podać innemu zawodnikowi. Kiedy zawodnik przekroczy limit czasowy, gra zostaje przerwana a piłkę otrzymuje drużyna przeciwna. Piłkę można przejąć w czasie podania bądź wybić/wyrwać ją przeciwnikowi z rąk ale trzeba uważać ponieważ (tu pewnie się zdziwicie) kontakt fizyczny jest całkowicie zabroniony i nawet uderzenie w dłoń zostanie potraktowane jako przewinienie. 
Mecz składa się z 4 rund po 8 minut. Po każdej rundzie następuję przerwa, z których druga jest najdłuższa. Drużynom przysługują również krótkie przerwy techniczne.
Gra nie odbywa się na pięknej zielonej trawce tylko na powierzchniach halowych, na boisku o wymiarach 28 na 15 metrów. A linia bramkowa, po przekroczeniu której otrzymuje się tak bardzo upragnione punkty, ma szerokość 8 metrów. Podczas gry na boisku przebywa po 4 zawodników (wyobrażam sobie ten totalny chaos przy większej ilości xD) z każdej drużyny. Zawodnicy posiadają tzw. punkty kwalifikacyjne, które oznaczają stopień niepełnosprawności danego w skali od 0,5 do 3,5. Suma punktów graczy na boisku nie może przekroczyć 8. Nie ma podziału ze względu na płeć - w drużynie mogą grać zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Powód jest dość prozaiczny - mała ilość kobiet poruszających się na wózkach.
Oczywiście, do gry niezbędny jest specjalny sprzęt, zaczynając od wózka. Zabudowany niczym czołg, chroni przed uszkodzeniem ramę pojazdu, koła oraz stopy zawodników. Tylne duże koła pochylone są do wewnątrz w celu uzyskania jak największej stabilności - w innym wypadku gra polegałaby głównie na wywrotkach, a punkty przyznawano by za lepsze salto ;) Dla zwiększenia przyczepności piłki używa się także gumowanych rękawic, dodatkowo często zabezpieczanych taśmą przed zsunięciem. Gracze mający problem z mocnym zaciśnięciem dłoni dodatkowo używają środków, które pozwalają piłce lekko się przylepić. 

No, przedstawiłem już chyba wszystkie najważniejsze zasady rugby dla wózkersów. Dla zainteresowanych grą w tej dyscyplinie oraz dla wszystkich, którzy pragną kibicować i wspierać ten sport (do czego bardzo serdecznie zachęcam) prezentuję link do strony ligi Polskiego Rugby na wózkach nad którą pieczę sprawuje FAR - Fundacja Aktywnej Rehabilitacji :)


Na fanpage wspominałem już kiedyś o filmie Murderball - walka o życie. Nad tą dokumentalną produkcją pracowało m.in. studio MTV Films. Film opowiada o młodych mężczyznach grających w rugby na wózkach. Przestawia historię i perypetie graczy związane z ich niepełnosprawnością, ale także ich ducha i pasję do gry. Z spokojem mogę polecić Wam ten film na jakiś nudny wieczór ;) Do zobaczenia dodatkowo może zachęcić to, że w 2006 roku został nominowany do Oscara. Statuetki co prawda nie zdobył, ale moim zdaniem sama nominacja to już jest coś :)


To chyba na tyle jeśli chodzi o tytułowy Murderball ;) Wiem, że miała to być seria krótkich postów, ale jak zwykle nie do końca mi to wyszło ;) Wszystkim, którzy nie przerwali czytania w połowie i dotarli do tego miejsca, jestem ogromnie wdzięczny :D To już wszystko z mojej strony i zapraszam na CrazyWilla już za tydzień. Jest poniedziałek godzina 11:00 więc zostało tylko jakieś 168 godzin ;) Trzymajcie się ciepło! :)

Pamiętajcie!
Murderball to prosta sprawa - kto nie walczy, ten wypada! xD

PS.
Na koniec chciałem przypomnieć piosenkę, którą bardzo lubię. Została nagrana przez Luxtorpedę specjalnie dla rugbystów na wózkach, drużynę “Balian” z Poznania :) ale motyw walki ujęty w tym kawałku napędza i mnie do działania :)





niedziela, 14 września 2014

Sztuka upadania



Hey ludziska!

Skoro mój nowy post do Was dzisiaj dotarł, to znaczy że nie zostałem zjedzony żywcem przez wózkersowe kobiety z powodu mojej ostatniej notki. Ufff xD Czyli nie było aż tak źle, co niezmiernie mnie cieszy :)

Pisząc tego bloga staram się przywoływać różne, nierzadko zabawne, wspomnienia stricte związane z moim życiem na wózku inwalidzkim. W tej chwili przed oczami mam kompilację moich wypadków i upadków z wózka ;) Patrząc na spokojnie sobie siedzącego gościa na wózku, mało kto pomyśli, że można się na tym samemu wywrócić bądź też zostać przez kogoś brutalnie katapultowanym xD A da się, wierzcie mi, i to wcale nierzadko. Nie wierzycie? Proszę bardzo, przed Państwem CrazyWill Kompilacja Najlepszych Wypadków.

Zacznę może od przypadków, kiedy to ja sam zafundowałem sobie ekspresową wysiadkę z wózka ;)
Moje pierwsze upadki (i wzloty) są związane z nauką jazdy na wózku pod koniec szkoły podstawowej. Konkretnie, były to lekcje sztuki balansu, czyli jazdy tylko i wyłącznie na dwóch kołach, co często jest niezbędne przy pokonywaniu różnych przeszkód. Przyjąłem wobec nich postawę, jaką przyjmują górale nauczający jazdy na nartach: “Jak sie nie wywrócis, to sie nie naucys”. Cóż, to był trening w stylu kung-fu: jedna czynność powtarzana nieustannie, do perfekcji. Upadałem wiele razy nie mając dosyć, ale za to w końcu się nauczyłem (tylko do dziś nie wiem, czego bardziej xD)
Naprawdę mocno wyrżnąć łepetyną zdarzyło mi się na basenie w pewnym ośrodku, kiedy właśnie opuszczałem szatnię, aby popływać. Na moje nieszczęście, przy wyjściu była dosyć szeroka rynienka z wodą z płynem antybakteryjnym, przez którą trzeba było przejść. Wózkiem najłatwiej było przez nią przejechać na dwóch kołach. Myślałem, że osoba idąca za mną już mnie asekuruje, więc rzuciłem tylko hasło “a teraz na dwóch kołach” i... równie dobrze mogłem krzyknąć “dżeronimo!” xD W następnej sekundzie leżałem już na plecach nie widząc gdzie góra, a gdzie dół. Czy ja umarłem? Niee, anioły (lub demony) chyba nie chodzą w kąpielówkach? xD ;) Szczęśliwie, woda zamortyzowała nieco uderzenie głowy o ziemię i skończyło się tylko na strachu, szumie w uszach i nauczce, czego nie brać za pewnik ;)
Kolejna scena, tylko proszę, nie śmiejcie się zbyt głośno ;) Wygłupiałem się z moim bratem, jak to na braci przystało, i lekko dostałem od niego w ramię. Oczywiście natychmiast gorąco zapragnąłem mu się zrewanżować, jakżeby inaczej ];-> Wziąłem więc zamach, wymierzyłem słuszny cios i - musiałem mieć naprawdę głupią minę, bo mój kochany braciszek zrobił unik, a ja, gnany siłą rozpędu (wspominałem, że zamach był porządny?), poleciałem za pięścią wprost na ziemię xD Cóż, trzeba być naprawdę zdolnym, żeby czegoś takiego dokonać ;)

A teraz wypadki, w których to osoby trzecie przyczyniły się do moich krótkich wypadów poza obręb wózka :D
Pierwszy, który odcisnął się w mojej pamięci, miał miejsce podczas spaceru w lesie. Wózek prowadził mój przyjaciel, więc zwróciłem mu uwagę na wystające korzenie. Pierwsze bez problemów pokonaliśmy, ale następne były zdradziecko ukryte pod liśćmi: przednie koła zablokowały się, a ja wypadłem z wózka. Wylądowałem na kolanach, podparty na łokciach, z rękami złożonymi jak do modlitwy i wydałem z siebie tylko ironiczne “mhm” ;) Dobrze, że żadna dzika zwierzyna w tym czasie nie miała okresu godowego i nie skorzystała z tej mojej chwilowej niedyspozycyjności xD
Następna sytuacja to nauczka, żeby uważać na słowa. Była jesień, zapadł już zmrok, a że byliśmy już porządnie spóźnieni do domu, mój brat zaczął biec ze mną ulicą. Nie lubiłem, kiedy to robił, więc powiedziałem “zatrzymaj się, stop!” a on (o dziwo) zrobił dosłownie to: zatrzymał się raptownie, a ja wystrzeliłem jak z procy. Miałem na sobie swoją skórzaną kurtkę ramoneskę, więc szczęśliwie asfalt nie miał szans w tym starciu ;)
Ostatnie wspomnienie, znów z moim dobrym przyjacielem w roli głównej. Jechaliśmy nad jezioro w naszej miejscowości przez las (znowu) i żeby ominąć pewną przeszkodę terenową musieliśmy się lekko rozpędzić na dwóch kołach, jednocześnie skręcając w lewo. Pech chciał, że w wysokiej trawie czyhał na nas mały betonowy słupek wyznaczający granicę terenu. Zahaczyliśmy o niego z takim impetem, że obydwaj wylądowaliśmy na trawie - i to romantycznie, bo patrząc sobie głęboko w oczy xD Ta sytuacja była tak nieprzewidywalna, że przez moment byliśmy w szoku, jednak jak tylko upewniliśmy się, że nic nam się nie stało, sekundę później śmialiśmy się wniebogłosy. Sami, powiedzcie, jaka była szansa na to, żeby wywrócić się w jednym momencie i przy tym ułożyć w taki sposób? xD
Raz w życiu udało mi się oszukać przeznaczenie: jechałem rozpędzony z górki w Parku Repeckim w Tarnowskich Górach i miałem problem z wyhamowaniem wózka. Problem ten rozwiązał wybawiciel pod postacią konara drzewa zalegającego w alejce. Wózek się zatrzymał, a ja, kpiąc z praw fizyki, nadal na nim siedziałem. Nawet zastanawiałem się przez chwilę, czy to aby nie jakiś ironiczny żart losu i, niczym w jakiejś starej kreskówce Disneya, za chwilę nie spadnie na mnie fortepian ;)

Oczywiście, wywrotowych sytuacji w moim życiu było sporo więcej, nie liczyłem ;) Ale, ponieważ na ogół posiadają one dość przewidywalny schemat siedzę-leżę ;) mogłoby się zrobić nieco monotonnie, więc wybrałem Wam tylko kilka tych szczególnie pamiętnych. Najbardziej nie lubiłem wypadać z wózka po deszczu albo przy roztopach w zimę - mniejsza o siniaki czy zdartą skórę, ale mokre i brudne ubrania bardzo, ale to bardzo mnie irytowały ;) Dzisiaj już raczej nie przytrafiają mi się takie przygody: dorosłem, zmądrzałem. No dobra, kogo ja próbuję oszukać ;) raczej dlatego, że teraz prowadzę nieco mniej aktywny tryb życia niż kiedy byłem młodszy i silniejszy fizycznie.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Na pewno nie chciałbym namawiać innych wózkersów do przezabawnych wypadków na wózkach, bo są one po prostu nieplanowane i niebezpieczne. Gdyby nie moja budowa, kości jak u mamuta i trochę szczęścia, kto wie, jak niektóre z opisanych przeze mnie sytuacji mogłyby się skończyć. Należy pamiętać, że pozornie zwykła jazda wózkiem inwalidzkim nie zawsze jest spokojna i nie tylko idąc na własnych nogach można się wywrócić i nabić sobie porządnego guza ;) Chciałem też pokazać, że nie wszystkie osoby na wózku są tak delikatne i kruche jakby to mogło się wydawać, choć tu oczywiście wszystko zależy od budowy i jednostki chorobowej wózkersa. Dałem Wam również możliwość pośmiania się z moich przygód, które w ostatecznym rozrachunku były przeważnie zabawne, ale proszę, nie róbcie tego w domu! :)
Mam nadzieję że dobrze się bawiliście przy tej nietypowej notce. Może macie jakieś własne wywrotki, którymi chcielibyście się podzielić w komentarzach? ;) Do zobaczenia za tydzień!

Pamiętajcie!
Cztery kółka macie a i tak się wywalacie xD



poniedziałek, 8 września 2014

Być kobietą

By Karol Piątek

By Katarzyna Gendek


Hey ludziska!

Zeszłotygodniowe zmagania sportowe już za nami ;) Wiele piszę o wózkersach ale jakoś nigdy nie rozdzieliłem tego określenia ze względu na płeć a szczerze pisząc ;) zwykle mam na myśli mężczyzn. Nie dlatego, że jestem szowinistą czy że więcej facetów porusza się na wózkach, tylko dlatego, że sam przynależę do tej płci i postrzegam świat z tej właśnie perspektywy. Dlatego dla odmiany dzisiaj chciałbym poruszyć temat wózkersowej płci pięknej. W końcu nie chciałbym aby drogie Panie czuły się przeze mnie pominięte, aż taki Crazy jeszcze nie jestem xD

Kiedyś dowodziłem, że kobiety na wózkach mają w kontaktach damsko-męskich łatwiej od mężczyzn, ponieważ to właśnie od faceta tradycyjnie wymaga się siły i opieki. Ale po przeczytaniu tego zdania:

“Na możliwość zawarcia związku zdecydowanie większe szanse mają panowie. Około 80% mężczyzn z niepełnosprawnością ma pełnosprawne partnerki. Kobietom jest znacznie ciężej: pomimo atrakcyjności i cech charakteru, które sprzyjają budowaniu więzi, panowie nie chcą się z nimi wiązać.” (Artykuł “Seks osób z niepełnosprawnością fizyczną”, Izabela Jąderek, foch.pl)

(przy okazji chciałbym serdecznie pozdrowić i podziękować pewnej niewieście za link do artykułu :) ) zacząłem się zastanawiać, czy aby mój tok rozumowania jest do końca prawidłowy. Nie chcę przez to powiedzieć że my, mężczyźni na wózkach inwalidzkich, mamy łatwo w tych sprawach, ale czy aby na pewno mogę twierdzić, że trudniej od kobiet? 
Ufam, że autorka przytoczonego powyżej zdania podparła się rzetelną statystyką i rzeczywiście jest tak, jak pisze. Ale: dlaczego tak jest? Co może być przyczyną? Myślałem, myślałem, ale okazało się, że daleko nie musiałem szukać. Wystarczyło zagłębić się w tajniki męskiej natury (sory, panowie, życie ;) )
Większość z nas jest wzrokowcami i bardzo często pierwszą rzeczą, na którą zwracamy uwagę u kobiet, jest wygląd. W żadnym razie nie śmiem twierdzić, że nie ma wielu atrakcyjnych kobiet na wózkach inwalidzkich; wręcz przeciwnie. Pamiętam, jak kiedyś zobaczyłem pewną wózkersową dziewczynę przed budynkiem GCR-u w Tarnowskich Górach. Była tak piękna, że nie mogłem wzroku oderwać, a później cały dzień nie potrafiłem przestać myśleć o jej felgach ;D Ale są pewne (niebagatelne) wdzięki, które ciężko jest pokazać, czy wyeksponować, siedząc. Powiedzmy sobie bez ogródek: kiedy człowiek siedzi, ciężko pupę utrzymać w idealnej formie a mięśnie w nieużywanych nogach zanikają. A że matka natura zaprogramowała nas na przedłużanie gatunku, to mężczyźni, nawet podświadomie, zwracają uwagę na okolice bioder. Sądzę, że to właśnie może być jedna z przyczyn tego, że kobietom trudniej o pełnosprawnego partnera. Następna sprawa dotyczy wyrażania uczuć przez facetów i budowaniu więzi, wielu z nas ma z tym kłopot. Gros kobiet pragnie inteligentnych romantyków ale niestety, nie jest to zjawisko tak powszechne jak np. zjawiska atmosferyczne na naszej planecie ;) Zmierzam do tego, że mężczyznom trudniej wyjść z inicjatywą uczuciową; zwykle robi to kobieta - w mniej lub bardziej oczywisty sposób, ale jednak. W rozpatrywanym przypadku płeć piękna może mieć problem z akceptacją swojej wózkowej sytuacji, ciała, co często prowadzi do braku pewności siebie czy nieśmiałości. A oczekiwanie na pierwszy ruch faceta w tej materii może być równie czasochłonne, co ewolucja organizmów żywych xD Dlatego kobitki nie bójcie się, bo urodne jesteście, eksponujcie swoje wdzięki i wyzwólcie w sobie kusicielki! Czasem trzeba takiemu brzydalowi dać do zrozumienia że jest wasz i koniec, kropka xD Kolejnym argumentem, jaki przyszedł mi do głowy, jest nasza skłonność do współzawodnictwa na różnych płaszczyznach. Przez co może dochodzić do sytuacji w których człowiek pomyśli: “Co moi koledzy powiedzą na to, że jestem z niepełnosprawną kobietą?”. Ale przecież to Ty masz być z nią szczęśliwy, a nie oni :) Nie bójcie się Panowie, te Panie są grzechu warte ;) No i może być też jeszcze jeden, choć dość marginalny, powód. Przyznam się, że osobiście (i nieraz z wielkim żalem) nie mógłbym być z wózkersową kobietą. Nie jest to związane z żadnymi uprzedzeniami; sam przecież jestem wózkersem i to właśnie stanowi problem. Może gdybym miał inną jednostkę chorobową, ale w moim przypadku po prostu fizycznie nie dalibyśmy sobie rady w życiu.
Podsumowując, uważam że głównymi powodami trudności kobiet poruszających się na wózkach inwalidzkich w zawieraniu związków ze sprawnymi mężczyznami są: męska natura oraz brak pewności samych kobiet. Kto w jednak ma się tu trudniej? Cóż, statystyka pokazuje, że kobiety i nie chcę tego podważać, ale czy to w przypadku kobiet, czy mężczyzn, problem dotyczy bardzo ważnej sfery życia i w obu przypadkach absolutnie nie należy go bagatelizować. 

Ale przecież problem nieśmiałości i braku pewności siebie nie dotyczy wszystkich “zmotoryzowanych” kobiet, są również takie, które przełamały ten problem w swoim życiu. Niektóre z nich są modelkami, fotomodelkami, pisarkami, pasjonatkami mody czy tancerkami. Silne i ambitne kobiety żądne sukcesów ;) Mimo własnej niepełnosprawności czują się pełnowartościowe i chcą również to pokazać innym kobietom w podobnej sytuacji ponieważ, jak to ciągle staram się udowadniać, niepełnosprawność nie wyklucza nas z normalnego życia. Nie bez powodu przecież powstał konkurs Miss Polski na wózku (tak, zgadza się, wybory Miss). Głównym organizatorem imprezy jest Fundacja Jedyna Taka. Pierwszy konkurs odbył się w ubiegłym roku a tegoroczny jest już za nami. Serdecznie zapraszam na stronę fundacji, gdzie można zobaczyć galerię uczestniczek konkursu - przynajmniej nie będzie, że ściemniam ;) oraz do oddawania swoich głosów na uczestniczki w edycji przyszłorocznej :) Tego typu impreza to świetna inicjatywa, ponieważ każda kobieta potrzebuje być doceniana i ma niepowtarzalne prawo do eksponowania swego piękna w życiu publicznym :) Nie chcę kolejny raz rozpisywać się na temat wynikających z tego psychologicznych pozytywów, ponieważ już o tym pisałem przy sportach ekstremalnych, tańcu, sportach powszechnych. Co za dużo, to nie zdrowo, a nie chciałbym Was, drodzy Czytelnicy, zanudzić ;)

Jeszcze muszę się z Wami podzielić bardzo ważną informacją: zdjęcia do dzisiejszej notki udostępniła Aleksandra - uczestniczka pierwszej edycji konkursu Miss na wózku 2013, studentka II roku Socjologii na Uniwersytecie Opolskim. Bardzo pozytywna i fotogeniczna osóbka :) Alex - wielkie dzięki, że zechciałaś się tutaj pojawić! CrazyWillowe pozdrowienia! :D

Mam nadzieję, że dzisiejszą notką udało mi się rzucić nieco światła na piękniejszą część użytkowników wózków inwalidzkich i na ich problemy damsko-męskie, przynajmniej z męskiej perspektywy. Czekam z niecierpliwością na odzew w komentarzach i mam nadzieję, że nie zostanę zjedzony żywcem za tego typu post xD Ale w końcu jestem Crazy i musiałem podjąć się tego wyzwania; zresztą, ostatnio w internetach pełno różnych wyzwań ;) A do napisania następnej notki samolubnie nominuję siebie samego, o! xD
Dzięki za uwagę i do następnego :)

Cztery koła, wiara w siebie, spójrz przed siebie!

Pamiętajcie!

Pomalowane paznokcie, wypucowane koła
nikt się jej oprzeć nie zdoła xD

poniedziałek, 1 września 2014

O koło od podium



Hey ludziska!

Zaraz na początku chciałbym wspomnieć o kolejnej nowości na CrazyWill-owym blogu: nowy, dużo prostszy adres www.crazywill.pl rozwiązuje wszystkie problemy typu “hmm jak brzmiał ten długi adres?”, gdyby ktoś z Was chciał mnie polecić znajomej/znajomemu ;)
Mniej więcej miesiąc temu pisałem o sportach ekstremalnych uprawianych przez wózkersów. Dziś przyszła pora, by przybliżyć Wam bardziej tradycyjne sporty - takie, w których bardziej chodzi o ducha rywalizacji niż o kopa adrenalinowego i przekraczanie własnych możliwości czy granic ;) 

Nie zaskoczy Was zapewne, że większość sportów dla osób na wózkach ma swoje odpowiedniki w ogólnie i szeroko znanych na świecie sportach, jak np.: koszykówka, rugby, łucznictwo, szermierka, tenis ziemny, hokej, curling. Różnice w zasadach poszczególnych dyscyplin wynikają z konieczności przystosowania gry pod kątem wózkersów czy innych osób niepełnosprawnych. W tej notce nie chciałbym skupić się na opisie poszczególnych sportów, gdyż jest ich zbyt wiele. Zamiast tego, kilka najciekawszych z nich opiszę w serii krótkich postów. Za to dziś opowiem Wam o roli sportu, mojej małej z nim przygodzie i o Paraolimpiadzie.
Zapraszam do lektury :)

Sport dla wózkersów to nie tylko forma spełnienia własnych ambicji. Dla osób niepełnosprawnych potrafi mieć znaczenie większe niż dla zdrowych, z wielu powodów. Poprzez współzawodnictwo człowiek buduje w sobie wolę walki (“ja nie dam rady?”), która pomaga przetrwać i utorować sobie drogę do obranego w życiu celu. Oczywiście, cały czas mam na myśli zdrowe współzawodnictwo, w myśl zasady fair play :) Uprawiając sport nawet pozbawiony możliwości chodzenia o własnych siłach człowiek wiele się rusza, dzięki czemu poprawia się jego kondycja. Może poczuć się niezależny i szczęśliwy bo to jego świat, bo liczy się tylko sport, dana chwila - czy to trening, czy zawody. To właśnie w takich momentach ma się poczucie kontroli nad własnym życiem i że wiele zależy od nas samych. To wszystko ma wpływ na psychikę i wzmacnia poczucie wartości, pewność siebie. Sport można nazwać taką terapią psychoruchową, która może mieć silny i pozytywny wpływ na wózkersa. Dlatego jeśli jesteś wózkersem i masz możliwości uprawiania jakiegoś sportu, to bardzo serdecznie zachęcam Cię do tego i myślę, że nie pożałujesz :) Jeśli nie masz bladego pojęcia, gdzie jest najbliższy klub prowadzący interesującą Cię dyscyplinę sportową, zawsze pozostaje internet, o którym ostatnio tak czule pisałem, a wujek Google wita z otwartymi ramionami :D

Osobiście, przez specyfikę mojej choroby, nie uprawiam żadnego sportu. Gdybym miał bardziej sprawne ciało, na pewno wybrałbym rugby na wózkach ponieważ jest to dosyć twardy i kontaktowy sport zespołowy. Słychać brzęk zderzających się z sobą wózków, wózki z zawodnikami wywracają się, akcja jest dynamiczna a towarzyszące temu emocje bardzo odpowiadają mojej osobie ;) 
No, może z tym, że nie uprawiałem żadnego sportu, to nie do końca prawda. Chodziłem do szkoły integracyjnej, która posiada na terenie placówki NZOZ gdzie niepełnosprawni uczęszczali na ćwiczenia zamiast wf-u. Ale, na samym początku pierwszej gimnazjum, kiedy jeszcze nie wiedziałem co i jak i zanim sobie załatwiłem ćwiczenia w NZOZ, trafiło mi się kilka wf-ów. No i pewnego razu nauczyciel, żeby mi się nie nudziło, powiedział: “Łukasz, będziesz uprawiał sport”. Bardzo się podekscytowałem i byłem ciekaw, co miał na myśli. Zaprowadził mnie na siłownię do małego pomieszczenia. Stał tam stolik, a na nim rozłożone... szachy. Przyznam, że mój entuzjazm znacząco opadł ;) Nie mam nic do szachów ani szachistów, ale ten sport raczej nie epatuje nadmiarem emocji xD Oto i cała moja przygoda ze sportem, choć ja nazwałbym ją może raczej treningiem umysłu ;)

O sporcie osób niepełnosprawnych robi się głośno co cztery lata - w formie zimowej oraz letniej odbywają się wtedy mnie igrzyska paraolimpijskie, zwane Paraolimpiadą. Pomysł Paraolimpiady po raz pierwszy narodził się w 1948 r. na spotkaniu brytyjskich weteranów II wojny światowej. Z łatwością mogę wyobrazić sobie silnych i w kwiecie wieku niepełnosprawnych weteranów, chcących gdzieś rozładować przepełniający ich nadmiar energii i wykazać się duchem walki, który zakorzenił się w nich podczas wojny. Pierwsza igrzyska letnie odbyły się w 1960 a zimowe w 1976 roku. Natomiast to że igrzyska paraolimpijskie odbywają się w tym samym miejscu co igrzyska olimpijskie zostało zapoczątkowane na igrzyskach letnich w 1988 oraz zimowych w 1992 roku i tak zostało do dziś :) 
W życiu publicznym czy ogólnospołecznym niestety można czasem natknąć się na negatywne nastawienie do sportów uprawianych przez osoby niepełnosprawne: niektórzy uważają, że zmagania takich osób nie mają nic wspólnego ze sportem. Co uważam za kompletną bzdurę, bo również jesteśmy ludźmi i mamy prawo do tego typu współzawodnictwa. Owszem można by tak powiedzieć, gdyby niepełnosprawni startowali razem z pełnosprawnymi sportowcami, ale tak wszyscy z nich są na mniej więcej równym poziomie i taka rywalizacja już ma jak najbardziej sens. Nie wszystkie różnice można zatrzeć za pomocą technologii, jak to się udało u Oscara Pistoriusa. Dlatego też niepełnosprawni sportowcy dążą do tego, aby traktowano ich na równi z tymi w pełni sprawnymi, a sama Paraolimpiada była sportowym odpowiednikiem Olimpiady. Tak jak i na igrzyskach olimpijskich, aby zawodnik mógł uczestniczyć w paraolimpiadzie, musi się do niej w danej dyscyplinie zakwalifikować. Niewątpliwie dla wielu sportowców dodatkową motywacją jest uczestnictwo w tak prestiżowych zawodach, aczkolwiek finansowo są to ciągle dwa różne światy. Wiadomo, dla sponsorów to niestety mało opłacalna sprawna bo najzwyczajniej w świecie zainteresowanie i oglądalność Paraolimpiady są dużo mniejsze. Tymczasem, przecież niepełnosprawni sportowcy też potrafią zrobić dobre sportowe show ;) 

Na koniec chciałbym Was bardzo serdecznie zachęcić do trzymania kciuków i kibicowania WSZYSTKIM naszym białym orłom reprezentującym nasz kraj poza jego granicami. Nie ważne, czy zawodnik jest w pełni sprawny czy nie, najważniejszy jest nasz Orzeł na jego piersi, osiągnięcia i to co reprezentuje sobą.
Jeśli ktokolwiek z Was, drodzy Czytelnicy miałby jakieś pytania, to jak zwykle zapraszam bardzo serdecznie - nie krępujcie się i pytajcie :) Możliwości są trzy: w komentarzu pod postem, drogą mailową (crazywill88@gmail.com) oraz w wiadomości prywatnej na CrazyWill-owym FB.
To by było dzisiaj na tyle, do następnego! Trzymajcie się, ludziska! :)

Pamiętajcie!

Że na wózku też się da,
być sportowcem na 102 ;)