niedziela, 14 września 2014

Sztuka upadania



Hey ludziska!

Skoro mój nowy post do Was dzisiaj dotarł, to znaczy że nie zostałem zjedzony żywcem przez wózkersowe kobiety z powodu mojej ostatniej notki. Ufff xD Czyli nie było aż tak źle, co niezmiernie mnie cieszy :)

Pisząc tego bloga staram się przywoływać różne, nierzadko zabawne, wspomnienia stricte związane z moim życiem na wózku inwalidzkim. W tej chwili przed oczami mam kompilację moich wypadków i upadków z wózka ;) Patrząc na spokojnie sobie siedzącego gościa na wózku, mało kto pomyśli, że można się na tym samemu wywrócić bądź też zostać przez kogoś brutalnie katapultowanym xD A da się, wierzcie mi, i to wcale nierzadko. Nie wierzycie? Proszę bardzo, przed Państwem CrazyWill Kompilacja Najlepszych Wypadków.

Zacznę może od przypadków, kiedy to ja sam zafundowałem sobie ekspresową wysiadkę z wózka ;)
Moje pierwsze upadki (i wzloty) są związane z nauką jazdy na wózku pod koniec szkoły podstawowej. Konkretnie, były to lekcje sztuki balansu, czyli jazdy tylko i wyłącznie na dwóch kołach, co często jest niezbędne przy pokonywaniu różnych przeszkód. Przyjąłem wobec nich postawę, jaką przyjmują górale nauczający jazdy na nartach: “Jak sie nie wywrócis, to sie nie naucys”. Cóż, to był trening w stylu kung-fu: jedna czynność powtarzana nieustannie, do perfekcji. Upadałem wiele razy nie mając dosyć, ale za to w końcu się nauczyłem (tylko do dziś nie wiem, czego bardziej xD)
Naprawdę mocno wyrżnąć łepetyną zdarzyło mi się na basenie w pewnym ośrodku, kiedy właśnie opuszczałem szatnię, aby popływać. Na moje nieszczęście, przy wyjściu była dosyć szeroka rynienka z wodą z płynem antybakteryjnym, przez którą trzeba było przejść. Wózkiem najłatwiej było przez nią przejechać na dwóch kołach. Myślałem, że osoba idąca za mną już mnie asekuruje, więc rzuciłem tylko hasło “a teraz na dwóch kołach” i... równie dobrze mogłem krzyknąć “dżeronimo!” xD W następnej sekundzie leżałem już na plecach nie widząc gdzie góra, a gdzie dół. Czy ja umarłem? Niee, anioły (lub demony) chyba nie chodzą w kąpielówkach? xD ;) Szczęśliwie, woda zamortyzowała nieco uderzenie głowy o ziemię i skończyło się tylko na strachu, szumie w uszach i nauczce, czego nie brać za pewnik ;)
Kolejna scena, tylko proszę, nie śmiejcie się zbyt głośno ;) Wygłupiałem się z moim bratem, jak to na braci przystało, i lekko dostałem od niego w ramię. Oczywiście natychmiast gorąco zapragnąłem mu się zrewanżować, jakżeby inaczej ];-> Wziąłem więc zamach, wymierzyłem słuszny cios i - musiałem mieć naprawdę głupią minę, bo mój kochany braciszek zrobił unik, a ja, gnany siłą rozpędu (wspominałem, że zamach był porządny?), poleciałem za pięścią wprost na ziemię xD Cóż, trzeba być naprawdę zdolnym, żeby czegoś takiego dokonać ;)

A teraz wypadki, w których to osoby trzecie przyczyniły się do moich krótkich wypadów poza obręb wózka :D
Pierwszy, który odcisnął się w mojej pamięci, miał miejsce podczas spaceru w lesie. Wózek prowadził mój przyjaciel, więc zwróciłem mu uwagę na wystające korzenie. Pierwsze bez problemów pokonaliśmy, ale następne były zdradziecko ukryte pod liśćmi: przednie koła zablokowały się, a ja wypadłem z wózka. Wylądowałem na kolanach, podparty na łokciach, z rękami złożonymi jak do modlitwy i wydałem z siebie tylko ironiczne “mhm” ;) Dobrze, że żadna dzika zwierzyna w tym czasie nie miała okresu godowego i nie skorzystała z tej mojej chwilowej niedyspozycyjności xD
Następna sytuacja to nauczka, żeby uważać na słowa. Była jesień, zapadł już zmrok, a że byliśmy już porządnie spóźnieni do domu, mój brat zaczął biec ze mną ulicą. Nie lubiłem, kiedy to robił, więc powiedziałem “zatrzymaj się, stop!” a on (o dziwo) zrobił dosłownie to: zatrzymał się raptownie, a ja wystrzeliłem jak z procy. Miałem na sobie swoją skórzaną kurtkę ramoneskę, więc szczęśliwie asfalt nie miał szans w tym starciu ;)
Ostatnie wspomnienie, znów z moim dobrym przyjacielem w roli głównej. Jechaliśmy nad jezioro w naszej miejscowości przez las (znowu) i żeby ominąć pewną przeszkodę terenową musieliśmy się lekko rozpędzić na dwóch kołach, jednocześnie skręcając w lewo. Pech chciał, że w wysokiej trawie czyhał na nas mały betonowy słupek wyznaczający granicę terenu. Zahaczyliśmy o niego z takim impetem, że obydwaj wylądowaliśmy na trawie - i to romantycznie, bo patrząc sobie głęboko w oczy xD Ta sytuacja była tak nieprzewidywalna, że przez moment byliśmy w szoku, jednak jak tylko upewniliśmy się, że nic nam się nie stało, sekundę później śmialiśmy się wniebogłosy. Sami, powiedzcie, jaka była szansa na to, żeby wywrócić się w jednym momencie i przy tym ułożyć w taki sposób? xD
Raz w życiu udało mi się oszukać przeznaczenie: jechałem rozpędzony z górki w Parku Repeckim w Tarnowskich Górach i miałem problem z wyhamowaniem wózka. Problem ten rozwiązał wybawiciel pod postacią konara drzewa zalegającego w alejce. Wózek się zatrzymał, a ja, kpiąc z praw fizyki, nadal na nim siedziałem. Nawet zastanawiałem się przez chwilę, czy to aby nie jakiś ironiczny żart losu i, niczym w jakiejś starej kreskówce Disneya, za chwilę nie spadnie na mnie fortepian ;)

Oczywiście, wywrotowych sytuacji w moim życiu było sporo więcej, nie liczyłem ;) Ale, ponieważ na ogół posiadają one dość przewidywalny schemat siedzę-leżę ;) mogłoby się zrobić nieco monotonnie, więc wybrałem Wam tylko kilka tych szczególnie pamiętnych. Najbardziej nie lubiłem wypadać z wózka po deszczu albo przy roztopach w zimę - mniejsza o siniaki czy zdartą skórę, ale mokre i brudne ubrania bardzo, ale to bardzo mnie irytowały ;) Dzisiaj już raczej nie przytrafiają mi się takie przygody: dorosłem, zmądrzałem. No dobra, kogo ja próbuję oszukać ;) raczej dlatego, że teraz prowadzę nieco mniej aktywny tryb życia niż kiedy byłem młodszy i silniejszy fizycznie.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Na pewno nie chciałbym namawiać innych wózkersów do przezabawnych wypadków na wózkach, bo są one po prostu nieplanowane i niebezpieczne. Gdyby nie moja budowa, kości jak u mamuta i trochę szczęścia, kto wie, jak niektóre z opisanych przeze mnie sytuacji mogłyby się skończyć. Należy pamiętać, że pozornie zwykła jazda wózkiem inwalidzkim nie zawsze jest spokojna i nie tylko idąc na własnych nogach można się wywrócić i nabić sobie porządnego guza ;) Chciałem też pokazać, że nie wszystkie osoby na wózku są tak delikatne i kruche jakby to mogło się wydawać, choć tu oczywiście wszystko zależy od budowy i jednostki chorobowej wózkersa. Dałem Wam również możliwość pośmiania się z moich przygód, które w ostatecznym rozrachunku były przeważnie zabawne, ale proszę, nie róbcie tego w domu! :)
Mam nadzieję że dobrze się bawiliście przy tej nietypowej notce. Może macie jakieś własne wywrotki, którymi chcielibyście się podzielić w komentarzach? ;) Do zobaczenia za tydzień!

Pamiętajcie!
Cztery kółka macie a i tak się wywalacie xD



6 komentarzy:

  1. Wybacz, nie jestem nieczuła, ale... Genialne!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja jestem góral z urodzenia, z samego Zakopanego. Niniejszym uroczyście potwierdzam-jak sie nie wywrócis, to się nie naucys. A tekst faktycznie genialny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) I bardzo się cieszę że mam potwierdzenie od prawdziwej góralki :)

      Usuń