środa, 31 grudnia 2014

CrazyWill-owe życzenia noworoczne ;)

Szczęśliwego Nowego Roku ludziska!
Życzę Wam pozytywnego szaleństwa, w dążeniu do celu zwycięstwa. Dzisiejszej nocy wielkiego balowania aby tylko liczba kończyn się zgadzała. xD Rano nie chorujcie, dobrym humorem zaskakujcie ;)

Źródło: http://www.quickmeme.com/

xD


wtorek, 23 grudnia 2014

CrazyWill-owe osobowości - Stephen Hawking



Hej ludziska!

Ostatnio trochę zimno kalkulowałem, jakie ekonomiczne korzyści wynikają z wspomagania niepełnosprawnych przez państwo i inne instytucje, zakładając że jesteśmy społeczeństwem humanitarnym ;) Pora na powrót CrazyWill-owych osobowości, ale tym razem będziemy się poruszali w obrębie nauki oraz ludzkiej ambicji i inteligencji. Nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do lektury ;) A dziś mam zaszczyt opowiedzieć Wam o pochodzącym z Wielkiej Brytanii wybitnym astrofizyku, kosmologu i wózkersie zarazem. Przed Wami: Stephen Hawking! 

Źródło: http://www.youthconnectmag.com/
Stephen urodził się 8 stycznia 1942 roku w rodzinie lekarzy. Na świat przyszedł jako zdrowe dziecko i nic nie zapowiadało bardzo poważnej choroby, jaka miała dopaść go w nie tak dalekiej przyszłości. W okresie swojej podstawowej edukacji, Stephen nie wyróżniał się jakąś ponadprzeciętną inteligencją. Dobrze się maskował, skubany ;) Kiedy nadszedł czas wyboru studiów, cóż, jak to czasem bywa w takich rodzinach, rodzice mają pewne ambicje wobec swoich dzieci. A ambicją taty Stephena było, aby ten ukończył medycynę - w związku z czym młody Hawking został wysłany na Uniwersytet Oksfordzki. Tu pojawia się mój ulubiony motyw buntu, ponieważ sam zainteresowany bardzo chciał studiować matematykę (już słyszę jęki niektórych z Was xD ja jestem straszna noga z matmy). Na Oksfordzie niestety nie było wówczas takiego kierunku, więc Stephen wybrał nauki przyrodnicze, a wśród nich upodobał sobie fizykę. Jeśli chodzi o inteligencję, to na studiach wreszcie się wyrobił xD Jego profesor wspominał potem, że Stephen dzięki swoim wyjątkowym zdolnościom zapamiętywania i analizy, mimo małej ilości sporządzanych notatek, osiągał duże postępy w nauce, wcale nie poświęcając na nią wielu godzin w ciągu dnia (kto by tak nie chciał? xD). Dlatego oprócz “ruszania” głową, dla zabicia nudy był bardzo aktywny fizycznie - między innymi pływał w drużynie wioślarskiej w Oksfordzie. Po ukończeniu pierwszego stopnia studiów przez pewien czas kontynuował studia na wydziale astronomii, ale uznał że bardziej pociąga go teoria niż obserwacje nieba i przeniósł się na (jeszcze bardziej) prestiżowy Uniwersytet Cambridge. Tam, pod okiem znanego astrofizyka Freda Hoyla, zgłębiał tajniki astronomii i kosmologii teoretycznej.

W tym momencie niestety zaczynają się również problemy zdrowotne Stephena. Pojawiły się pierwsze symptomy choroby: młody Hawking stracił równowagę i spadł ze schodów, dotkliwie uderzając się w głowę. Diagnoza potwierdziła najgorszy scenariusz: stwardnienie zanikowe boczne (ALS) - nieuleczalna choroba prowadząca do paraliżu ciała przez degenerację m.in. komórek rdzenia kręgowego. Lekarze dawali mu 2-3 lata życia. To był najgorszy możliwy moment na tego typu wiadomości. Miał przecież dopiero 21 lat, niebawem miał brać ślub i zaczynał karierę naukową. Młody fizyk popadł w depresję, wlewał w siebie spore ilości alkoholu i stracił motywację do zajmowania się doktoratem. Smutne, choć jak dla mnie zrozumiałe, szczególnie w przypadku 21-latka, przed którym miał być jeszcze kawał życia. Jednak, jak się pewnie domyślacie, Stephen podniósł się z tego stanu - inaczej przecież bym Wam o nim nie opowiadał ;) A stało się to dzięki małżeństwu z jego pierwszą (tak - pierwszą ;) ) żoną, która bardzo go wspierała. Stephen i Jane poznali się na studiach, uczęszczając na kompletnie odmienne kierunki: Stephena fascynowała nauka, a Jane - sztuka. Widocznie te dwa światy uzupełniały się tak dobrze, że zakochali się w sobie i mimo przeciwności losu spędzili z sobą solidny kawałek czasu.

Źródło: http://www.dailymail.co.uk/
Pomimo wsparcia żony, Hawking mógł tylko obserwować, jak stopniowo traci władzę nad swoim ciałem. W 1974 roku nie mógł już samodzielnie wstać z łóżka, a jego mowa stała się bardzo niewyraźna. W latach 80-tych zachorował na zapalenie płuc i musiał poddać się zabiegowi tracheotomii, przez co w ogóle stracił głos. Ale nie martwcie się, moi drodzy, i tę sytuację udało się, przynajmniej w jakimś stopniu, opanować, gdy z pomocą przyszła moja ukochana technologia ;) Stephen zaczął porozumiewać się ze światem zewnętrznym za pomocą syntezatora mowy skonstruowanego przez męża jego pielęgniarki. Jakie jednak było jego, rodzonego Brytyjczyka, zdziwienie, kiedy usłyszał, że jego syntezator mówi z amerykańskim akcentem. W końcu jednak tak bardzo przywykł do tego głosu, że wcale nie chciał go zmieniać na nowszy model ;) Jesteście ciekawi, jak działa takie urządzenie i jak się je obsługuje? Na ekranie znajduje się rodzaj klawiatury, po którym przesuwa się kursor. Użytkownik zatrzymuje ten kursor na odpowiedniej literze, w przypadku Hawkinga - za pomocą policzka xD Sprawę ułatwia program, przypominający słownik T9 w telefonach, który uczy się na podstawie wcześniejszych wypowiedzi i “domyśla się” co użytkownik chce powiedzieć uzupełniając resztę słowa o brakujące litery. Nie jest to jednak szybki proces, przeciętne tempo to jedno słowo na jedną minutę. Na szczęście pojawia się coraz więcej rozwiązań rozpoznawania mimiki twarzy, co może już niedługo przyspieszyć wypowiedzi Stephena nawet 10-krotnie, poprzez przypisanie funkcji do różnych grymasów twarzy. To się nazywa moc nauki i technologii! ;)

Stephen był bardzo zmotywowany do życia, a z pewnością pomagała mu w tym jego rodzina - ze wspomnianą już małżonką dorobili się trójki wspaniałych dzieci. Na pewno to dodawało mu otuchy i sił, nawet jeżeli brać pod uwagę ich rozwód, który nastąpił po 30 lata małżeństwa. Co mogę tutaj powiedzieć? Czasem ludzie po prostu przestają się dogadywać. Zapewne też dużą rolę w tym rozstaniu miała sława i kariera Stephena, wokół którego zrobiło się dosyć głośno i tłoczno. Jak widzicie, nawet tak poważna choroba wcale nie musi się wiązać z fizycznym i psychicznym ubezwłasnowolnieniem. Nadal samemu można podejmować wybory, nawet te niełatwe, czy to dotyczące życia osobistego czy też kariery. Hawking spróbował ponownie związać się, tym razem z swoją pielęgniarką, ale niestety to małżeństwo również skończyło się rozwodem.

Źródło: http://kevinbolk.deviantart.com/
Została mu jednak jeszcze jego ukochana nauka, która niewątpliwie była drugim fundamentem jego życia i ostrej walki z chorobą. Jego badania i dorobek naukowy związany jest z teoriami czarnych dziur, teorią względności, zależnością przestrzeni od czasu, teorią wielkiego wybuchu, grawitacji, kosmologią kwantową, teorią strun, budową Wszechświata i jeszcze parę innych takich ;) Nie chciałbym Was tu zanudzić, a na pewno każdy zainteresowany znajdzie informacje dotyczące dorobku naukowego Hawkinga, choćby w internecie. Dość aby powiedzieć, że ma on spory wkład w świat kosmologi i astrofizyki teoretycznej ;) Wierzcie lub nie, ale ten człowiek uparł się, że odkryje tzw. “teorię wszystkiego”, która wyjaśniłaby dokładnie przyczynę istnienia Wszechświata, a co za tym idzie i nas, co byłoby ostatecznym triumfem ludzkiej inteligencji. Nie chciałbym się tutaj wdawać w dyskusje dotyczące moralności takiego działania, czy też tego w jakim stopniu determinizm Hawkinga uderza w poglądy religijne. Chciałbym za to podkreślić, jak bardzo determinacja oraz nastawienie na konkretny cel i dążenie do niego może człowieka trzymać przy życiu, mimo przeciwności losu. Stephena Hawkinga miało już dawno nie być wśród nas, a choruje już nieco ponad 50 lat i dalej nie daje za wygraną :)

Źródło: http://www.businessinsider.com/
Życiorys Stephena jest bardzo imponujący, ale czy jak reszta moich CrazyWill-owych osobowości, ten naukowiec również zrobił coś szalonego? Jakżeby inaczej! :D Jako astrofizyk chciał najwyraźniej znaleźć się bliżej obiektów swoich badań, udając się w suborbitalny lot w kosmos dzięki oferującej tego typu podróże firmie Virgin Galactic. Przygotowując się do tej misji, odbył lot w stanie nieważkości. I może nie brzmi to specjalnie ekscytująco, dopóki nie dowiemy się, jak wygląda wytworzenie stanu nieważkości na naszej planecie. Mianowicie, specjalnie do tego przystosowany samolot wzbija się na wysokość 8 000 metrów, aby następnie ostro zanurkować. Uzyskany w tym szalonym pędzie stan nieważkości trwa około czterech minut. No, chyba że nastąpi jakaś awaria, to trochę dłużej, ale wierzcie mi, po raz ostatni xD Tym samym, Hawking stał się pierwszą sparaliżowaną osobą w stanie nieważkości (sparaliżowani ze strachu astronauci się nie liczą :P). Sam lot suborbitalny niestety przesunął się w nieokreśloną przyszłość, ponieważ z jakiegoś powodu nasz astrofizyk wylądował w szpitalu. Ale kiedyś, kto wie? ;) Oczywiście Stephen, jak to naukowiec, nie zrobił tego tylko i wyłącznie dla zachcianki. Chciał w ten sposób również zachęcić do jeszcze intensywniejszych lotów w kosmos i jego eksploracji, ponieważ upatruje w tym jedyną drogę ucieczki przed jakąkolwiek globalną klęską na naszej planecie.

Źródło: http://www.dailymail.co.uk/
Chyba nikogo nie zaskoczę mówiąc, że Hawking jest na tyle znanym naukowcem, że jest obecny w życiu publicznym, a nawet w popkulturze. Pokazywał się w różnych programach, zarówno popularnonaukowych jak i talk-show, występował epizodycznie w różnych filmach i serialach, a nawet udzielał swojego cybernetycznego głosu do kilku piosenek. A całkiem niedawno w jednym wywiadzie wyraził chęć wypróbowania swojej gry aktorskiej i wystąpienia jako nowy arcywróg w filmie o Bondzie. Uważa, że elektryczny wózek inwalidzki i komputerowy głos dają mu ku temu całkiem niezłe predyspozycje ;) Jak widzicie, Stephenowi nie brakuje poczucia humoru, chwilami dość ciętego ;) Ze swoim kolegą astrofizykiem Kipem Thorne’em założył się raz o coś ściśle naukowego, za to stawka była zupełnie nienaukowa - przegrany miał opłacić zwycięzcy roczną prenumeratę erotycznego pisma Penthouse. Tym razem, cóż, padło na Hawkinga xD Jak widać, zakład wśród naukowców też może być zabawny xD

Nie wiem co Wy o tym sądzicie, ale jak dla mnie Stephen Hawking jest jak najbardziej CrazyWill-ową osobowością. Trzeba mieć w sobie niesamowite pokłady determinacji i energii, żeby mimo ciężkiej choroby, ograniczonego poruszania a nawet komunikacji ze światem ciągle chcieć żyć i do tego realizować swoje -ambitne!- cele. Stephen Hawking zdecydowanie zmienił oblicze nauki, a do tego wyróżnia się poczuciem humoru i pewnym pierwiastkiem szaleństwa (jak na swój stan zdrowia). Był również w stanie założyć własną rodzinę i przekazał swoje unikalne geny dalej ;) I nic nie stanęło mu na drodze; naprawdę, niesamowicie podziwiam tego człowieka. Sobie i Wam życzę takiej wytrwałości we wszystkim, co robicie.

Przy okazji, chciałbym Was bardzo serdecznie zaprosić od 30 stycznia 2015 do kin na film biograficzny o Stephenie Hawkingu “Teoria wszystkiego” (Theory of Everything). Poniżej możecie zobaczyć trailer :)


Domyślam się, że większość z Was słyszała o Stephenie Hawkingu, ale mimo to mam nadzieję, że udało mi się przybliżyć Wam tę nietuzinkową postać świata nauki, oraz choć troszkę zafascynować jego historią i osobą ;)
Specyficzne CrazyWill-owe życzenia już były ;) Dodam tylko świąteczne: żeby wszystkie dania Wam smakowały, a brzuszki nie bolały! xD Trzymajcie się ciepło, ludziska! Smacznego karpia!

"Jeśli wpadnie się do czarnej dziury, nie wolno się poddawać, bo można z niej wyjść"
-Stephen Hawking


poniedziałek, 15 grudnia 2014

Wózkersowa kalkulacja

Źródło: http://www.centrumbtl.com.pl/

Hey ludziska! 

Pozwolę sobie zacytować znaną piosenkę z pewnej reklamy: “Coraz bliżej Święta, coraz bliżej Święta” - podobno ;) bo nie wiem jak Wy, ale ja jakoś nie czuje klimatu nadchodzących świąt. Jedyne co mi o nich przypomina to kalendarz, reklamy, no i kawałki w radiu. Może wpływ na to ma brak śniegu w moich okolicach. Chociaż, ze względu na mój wózkersowy tryb życia, mam nadzieję, że ten jednak nie spadnie (choć wszystkim fanom narciarstwa itp. życzę białych stoków i dobrej zabawy - tylko z daleka ode mnie ;) Wbrew pozorom, jakie zdążyłem tu stworzyć, ta notka nie będzie świąteczna i nie chodzi o to, że nie czuję klimatu. Myślę, że środki masowego przekazu są tym na tyle przesiąknięte, że nie muszę do tego dokładać własnej cegiełki, za to mogę się zająć jak zwykle CrazyWill-owym pisaniem xD Zapraszam do czytania :)

O wózkersach i ogólnie o osobach niepełnosprawnych pisałem dotąd właściwie wyłącznie przez pryzmat humanizmu. A jest jeszcze inne podejście, dość dobrze mi, z racji wykształcenia technicznego, znane - podejście ekonomiczne. Oprócz bycia odrębnymi istotami ludzkimi, wszyscy jesteśmy również jednostkami, elementami składającymi się na społeczeństwo, którym rządzą przeróżne mechanizmy, a wśród nich gospodarka. Do tego społeczeństwa każdy z nas wnosi jakąś wartość, przykładowo w formie pracy, oraz w mniejszym bądź większym stopniu pobiera zasoby. Im mniej pobieramy, tym więcej zasobów ma do dyspozycji reszta społeczności: czasu, energii i pieniędzy na rozwój, efektywniejszą pracę czy chociażby na zachcianki. Wszystko to wpływa pozytywnie na wspomniane przeze mnie już mechanizmy, które z kolei wpływają na nasz dobrobyt. Przynajmniej w teorii, ponieważ to wszystko także może dążyć w zupełnie innym kierunku, będącym totalnym zaprzeczeniem rozwoju pozytywnie wpływającego na wszystkich. Przykładowo, zatracenie się w konsumpcyjnym trybie życia może spowodować zanik wyższych ambicji i innych wartości wspierających progres. Ale nie o tym teraz chciałem pisać.

Zasoby najbardziej intensywnie pobierane są przez trzy grupy: dzieci (tj. od wieku dziecięcego do usamodzielnienia się), osoby starsze oraz osoby chore i niepełnosprawne. Na tej trzeciej grupie chciałem skupić dzisiejsze rozważania, bo o ile nie możemy przeskoczyć wieku dorastania ani zatrzymać procesu starzenia się, przez co mamy małe pole manewru w ograniczeniu pobieranych środków, o tyle w tej trzeciej grupie da się zdziałać nieco więcej. Mam tu na myśli szczególnie działania Państwa i innych instytucji zaraz po zaistnieniu niepełnosprawności u danego człowieka, takie jak pomoc psychologiczna, fizjoterapia, działania ułatwiające funkcjonowanie, aktywizacja zawodowa itp. Prosty przykład: gdybym miał depresję, nie miałbym motywacji do ćwiczeń (co zapewnia również miejsca pracy rehabilitantom) i podupadałbym na zdrowiu dużo szybciej, jednocześnie obciążając społeczność, która się mną opiekuje. Nie miałbym również motywacji do podjęcia zatrudnienia, które pozwala choć trochę wesprzeć napęd ekonomicznych trybików przez zwiększenie ruchu pieniądza w państwowym i zagranicznym “krwioobiegu”. I tak oto dotarłem do sedna sprawy:

uważam że niepełnosprawnym warto pomagać nie tylko dlatego, że każdy człowiek jest równy i powinien mieć takie same szanse, ale również traktując to jako rodzaj inwestycji dającej obopólną korzyść: dla Państwa i społeczeństwa - odciążenie, dla nas, niepełnosprawnych - szansę na normalne i szczęśliwe życie. 

Źródło: http://biznes.gazetaprawna.pl/
W naszym kraju, jak zdarza mi się wypominać przy różnych okazjach, bywa jeszcze z takimi działaniami różnie, i to nie tylko w dziedzinie pomocy potrzebującym. Niestety u nas jeszcze często nie postrzega się różnych zagadnień z szerszej perspektywy, pokutuje działanie doraźne i w skali mikro, bądź też prowadzone pod określoną, odpowiednio liczną, grupę wyborców. Albo pisze się ustawę, która po jakimś czasie okazuje się nie działać jak powinna, bo nikt nie przewidział, że będzie kolidowała z przepisami sąsiadującymi. A wystarczyło usiąść przy porannej kawie i objąć mózgiem trochę więcej niż to, co będę dziś jadł na obiad po pierwszym czytaniu ustawy w sejmowym bufecie przy ulicy Wiejskiej xD Nie posądzałem się, że będę tutaj o takich rzeczach pisał, ale nie mogłem się powstrzymać, wybaczcie ;) 

Nawiasem mówiąc, nasze Państwo do kategorii “aktywizacja zawodowa”, wlicza chyba rentę socjalną: obecnie jest ona na tyle, niska że dość dobrze motywuje niepełnosprawnych do podjęcia pracy - bez niej nie wydolą finansowo xD Taki sprytny zabieg, tyle że nie dla osób, które w ogóle nie są w stanie podjąć pracy, a opiekę z czegoś trzeba opłacić i rachunki też. Ale trzymam kciuki za to, że i z tym będzie coraz lepiej. A tych, którzy zamartwiają się o swoje ciężko zarobione pieniądze oddane w formie podatków chciałbym uspokoić, że osoba niepełnosprawna raczej ich nie przepije, bo zwykle dość trudno jej skoczyć po flaszkę xD

I to chyba już wszystko, co miałem Wam dziś do powiedzenia ;) Mam nadzieje, że takie podejście do sprawy trafi także do przekonania osób nastawionych negatywnie do wspierania osób niepełnosprawnych ;) Prawda jest taka, że dużo korzystniej jest żeby niepełnosprawni (przynajmniej ci, którzy mają taką możliwość) podejmowali pracę, niż zostawali do końca swojego życia w domu na garnuszku Państwa i bliskich. W nieco dłuższej perspektywie wpłynie to pozytywnie na życie nas wszystkich, co starałem się Wam udowodnić.

Jak zwykle fajnie było trochę palce rozruszać na klawiaturze ;) Chętnie zrobię to ponownie za tydzień, także do zobaczenia już niedługo ;) Spróbujcie wprawić się w świąteczny nastrój, bo to już tuż tuż ;) Trzymajcie się ciepło, ludziska. Let’s rock! Never give up! :D

Pamiętajcie!
Gdy każdy od siebie coś da, będzie się żyło na sto dwa xD

wtorek, 9 grudnia 2014

W pułapce umysłu

Źródło: http://www.alt-market.com/


Hey ludziska!

Ale ten czas zasuwa, to już tydzień minął? Nie wiem jak Wam, ale mi pod koniec roku czas mija szybciej niż zwykle. Dzisiaj chciałem przedstawić Wam moje przemyślenia, które naszły mnie przy opisywaniu poprzedniej CrazyWill-owej osobowości - Sue Austin. Wspominałem, że kiedy naszą bohaterkę z całą mocą uderzyła choroba, podłamała się i musiała zadbać o swoje zdrowie psychiczne. Myślę, że ten temat jest na tyle ważny, że zasługuje na rozwinięcie w osobnym poście. Zatem, do dzieła :)

Temat zdrowia psychicznego ściśle wiąże się z utratą sprawności fizycznej czy świadomością przewlekłej czy nieuleczalnej choroby. Nawet jeśli ktoś jest niesamowicie silny psychicznie i nie widać po nim jakiegoś załamania, zawsze jednak w jakiś sposób ten stan rzeczy odciska piętno w jego głowie i nie ma na to siły. Nie twierdzę, że od razu musi się to skończyć mega depresją (choć istnieje i taka możliwość). Ale duszenie w sobie emocji, szczególnie tych, z którymi sobie nie radzimy, może prowadzić chociażby do kłopotów w kontaktach z innymi ludźmi, co z kolei może stać się przyczyną zamknięcia się w sobie - co niestety dość często zdarza się wśród osób niepełnosprawnych. Dodatkowo, takie zmiany zwykle nie dotykają nikogo z dnia na dzień, raczej to coś bardziej przebiegłego: powoli sączącego się w umysł, stającego się, niezauważalnie, częścią nas samych. Nie piszę tego bo chcę kogokolwiek przestraszyć czy siać pesymizm, tylko żeby zwrócić uwagę, że to właśnie nasza psychika przetwarza i interpretuje wszystko, co nam się przytrafia w życiu. Dlatego trzeba o nią bardzo dbać, a mam wrażenie, że wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, powtarza sobie “jakoś to będzie”. I faktycznie, może jakoś to będzie, ale czy aby na pewno szczęśliwie?

Źródło: http://well.blogs.nytimes.com/
Dziś, kiedy coraz częściej mówi się o tym, że depresja to choroba cywilizacyjna czy wręcz choroba XXI wieku, warto by było w naszym kraju bardziej zadbać o edukację w kierunku psychologicznej świadomości. Dbanie o stan umysłu powinno być tak ważne i naturalne jak dbanie o fizyczną stronę naszego ciała. Wciąż powszechnie pokutuje jednak szufladkowanie osób z problemami natury psychicznej czy psychologicznej jako “świrów”, co dodatkowo krzywdzi i na pewno zniechęca do przyznawania się do swoich problemów i korzystania z pomocy specjalistów. Myślenie tak o samym sobie sprawia, że czasem najtrudniej przyznać się przed samym sobą, że jednak coś nam dolega i potrzebna nam jakaś pomoc. Żeby nie było, że CrazyWill od razu chce wszystkich wysłać do terapeuty xD Pomoc specjalisty to oczywiście nie jedyne rozwiązanie, czasem po prostu wystarczy bliska osoba, która potrafi wysłuchać, pogadać, zrozumieć na swój sposób. Po prostu przyjaciel, który nie będzie lekceważył nas ani bagatelizował naszych problemów; ktoś, na kogo możemy liczyć.

Źródło: http://kolorowyobraz.pl/
Są na tym świecie kraje, gdzie pomoc psychologiczna to normalny stan rzeczy a społeczeństwo jest świadome znaczenia równowagi psychicznej i jej całkiem sporego wpływu na nasze życie. Wspomniana ostatnio Sue Austin, pochodząca z Anglii, bez ogródek przyznaje w wywiadach, że załamała się zaskoczona nagłą chorobą, i że skorzystała z pomocy terapii by móc się pozbierać do kupy. Założę się, że Sue w jakimś stopniu zawdzięcza swój osobisty sukces i przygodę, jakiej nigdy by sobie nie była w stanie wyobrazić, długoterminowym sesjom terapeutycznym, dzięki którym mogła spojrzeć na życie nieco jaśniej, bez koncentrowania się na negatywnych emocjach, które na pewno nie pomagają ruszyć z miejsca po ciężkich przeżyciach ;). 
Następny przykład wezmę z filmu dokumentalnego Murder Ball o niepełnosprawnych rugbystach (pisałem >>>tutaj<<<). Widać tam, że kiedy po wypadku ktoś siada na wózek, od razu na wejściu ma zapewnioną pomoc psychologa i seksuologa, którzy pomagają tej osobie jakoś wejść w tę nową, niełatwą rzeczywistość. Człowiek nie zostaje z tym wszystkim sam - o ile ma ubezpieczenie zdrowotne, oczywiście xD Z tym akurat różnie bywa, no ale to już inny temat ;) Także, jak widzicie, to o czym mówię to nie są jakieś wielkie i nierzeczywiste marzenia i fajnie byłoby dążyć w tym aspekcie do poziomu krajów rozwiniętych nieco bardziej niż nasz ;)

Dobra, nawijam i nawijam, a jak dotąd nie zająknąłem się o tym jak to jest ze mną, odkąd żyje ze świadomością mojej choroby i obserwuję jej postępy. Chociaż wydaje mi się, że jestem osobą silną psychicznie i pogodnie nastawioną do życia, to jednak i mnie, rzecz jasna, nie ominęły rozterki i różne niezbyt wesołe myśli ;) Najgorzej oczywiście było w okresie dojrzewania, kiedy to młody człowiek odczuwa wszystko dużo intensywniej i bardzo przeżywa niektóre sprawy. Szczególnie, gdy taka młoda głowa jest nieco melancholijna, zastanawia się nad sensem istnienia, przemijaniem i całym ogromem tego świata xD Odpowiednia nuta, za oknem noc i dosyć mhroczne klimaty - pewnie niektórzy z Was wiedzą, o czym piszę ;) Nigdy jednak nie dopadła mnie jakaś większa i długotrwała załamka. Sądzę, że zawdzięczam to, oprócz mojego charakteru, czemuś o czym już wspominałem, a mianowicie świadomości choroby już od najmłodszych lat. No bo czym niby może zaskoczyć bardzo wolny (choć silny) bokser, którego ruchy z łatwością możemy przewidzieć? Zupełnie inaczej jest przecież, kiedy sytuacja spada na nas nagle; ja miałem dużo czasu, by się z nią oswajać, dojrzewać wraz z nią. No i oczywiście nie sposób nie wspomnieć, że spotkałem w życiu fajnych ludzi, przyjaciół, z którymi zawsze mogę pogadać i gdzieś tam w środku od razu robi się lepiej, a perspektywy przestają wyglądać tak ponuro. Prawdopodobnie dzięki temu jakoś nigdy nie odczuwałem wewnętrznej potrzeby skorzystania z wyspecjalizowanej pomocy. Aczkolwiek nie mogę wykluczyć, czy aby na pewno nie było to tak, że nie potrafiłem się przyznać do tego sam przed sobą - podświadomość potrafi skutecznie zacierać swoje ślady ;) Ale, gdybym rzeczywiście odczuł taką potrzebę, czy odważyłbym się ją zaspokoić? Na pewno nie jako nastolatek, właśnie ze względu na obawę zaszufladkowania przez rówieśników jako “psychola” (tzn. jeszcze bardziej crazy xD) W każdym razie teraz, jako dorosły facet, jestem już świadomy, jak ważną rzeczą w walce z różnymi przeciwnościami losu jest nasza kondycja psychiczna i nie zważałbym na to, co powiedzą inni ;) Uważam, że jeśli masz kłopot który Cię przerasta, to żaden wstyd przyznać, że nie podoła mu się samemu - w końcu nikt nie jest alfą i omegą (choć pewnie znajdą się osoby, które mają tak “niskie” mniemanie o sobie ;) 

Źródło: http://gadzetomania.pl/
Patrząc wyłącznie przez pryzmat negatywnych doświadczeń, postrzegamy świat ze zniekształconej perspektywy, a przecież właśnie nasze postrzeganie świata, emocje i ogólne nastawienie do życia mogą mieć wpływ na zdrowie naszego organizmu. Nawet medycyna konwencjonalna coraz częściej zgadza się z tym, że choroba może być konsekwencją negatywnego nastawienia, które właśnie w taki nieprzyjemny sposób może zmaterializować się w naszym ciele. Zatem, uzbrojeni w tę wiedzę, sami sobie odpowiedzcie, czy warto dbać o swoje zdrowie psychiczne ;)

Z mojej strony na dzisiaj to już koniec rozważań i mam nadzieję, że czasu poświęconego na przeczytanie tej notki nie uznacie za zmarnowany ;) Zdaję sobie sprawę, że w tej notce piszę o rzeczach dla niektórych oczywistych, ale nie dla wszystkich jest to tak samo jasne - przynajmniej tak mi się wydaje. Poza tym, takie uświadamianie to kolejny mały krok, który pozwoli oddalić się od negatywnego i zaściankowego postrzegania problemów psychicznych, ich leczenia i profilaktyki. ;) Jak zwykle, widzimy się w przyszłym tygodniu :) O czym będę pisać jeszcze nie wiem, spróbuję zaskoczyć siebie oraz Was ;) Niech tydzień minie Wam szybko i przyjemnie :) Trzymajcie się ludziska ciepło!

Pamiętaj!
Jak pod sufitem równo masz, to radę sobie dasz xD






poniedziałek, 1 grudnia 2014

CrazyWill-owe osobowości - Sue Austin



Hey ludziska! :D

W pierwszej kolejności chciałem szalenie podziękować wszystkim, którzy podpisali petycję załączoną do ostatniej notki ;) Każdy pojedynczy wpis jest na wagę złota!
Po pozytywnym odbiorze ostatniego posta “Nadzieja w pigułce” doszedłem do wniosku, że może powinienem zostać dilerem takich pigułek - niewątpliwie przydałyby się wielu osobom. Ale i taka pigułka nadziei może nieść ze sobą negatywne skutki uboczne - w tym przypadku jednym z nich może być ostry syndrom rozczarowania, dlatego przed użyciem warto skonsultować się z własnym rozsądkiem ;) Trochę zaczynam płynąć w temacie, a dzisiaj nie o tym ;) Zapraszam Was zatem na kolejną notkę z serii Crazy Will-owych osobowości ;)

Do tej pory opowiedziałem Wam o dwóch kompletnych, lecz bardzo pozytywnych, wariatach xD Dlatego nadeszła pora na trochę artystycznej wrażliwości pewnej Angielki ;) Ta wózkersowa artystka wykorzystuje wózek inwalidzki na nieoczekiwane sposoby, a jej ulubioną formą wyrazu są multimedia, performance oraz instalacje artystyczne. Poznajcie Sue Austin! 

Źródło: http://www.tedmed.com/
Powodem, dla którego Sue przesiadła się na wózek jest SM (stwardnienie rozsiane). Choroba nieszczęśliwie i gwałtownie dopadła Sue we wrześniu 1994 roku. Jej świat mocno się załamał, a słabość mięśniowa oraz częściowa utrata słuchu i wzroku odcisnęły potężne piętno na jej umyśle, do tego stopnia, że Sue musiała zadbać o swoje zdrowie psychiczne poddając się długoterminowej terapii u specjalisty. Bardzo szybko zapragnęła wrócić do pracy, ale stan jej zdrowia na to nie pozwalał. Mogła jedynie bezradnie obserwować, jak choroba zabiera jej fizyczną wolność, bez nadziei na jakąkolwiek poprawę. 
Wszystko to zmieniło się mniej więcej rok później, kiedy Sue, na jakimś pokazie demonstracyjnym sprzętu dla osób niepełnosprawnych, miała okazję wypróbować wózek elektryczny. Jak go dosiadła, już nie chciała z niego zejść :D Pierwszy raz od dawna znów mogła poczuć powiew powietrza na policzkach. Rozpędzone cztery koła wreszcie zwróciły jej choć część utraconego poczucia wolności i swobody. Niestety, odzyskane w ten sposób poczucie pewności siebie zostało zburzone przez to, jak postrzegali ją inni ludzie: w kontaktach z nimi Sue wyczuwała strach, ogromny dystans, litość. Wyobcowana i odrzucona społecznie, mimo wszystko starała się odnaleźć w tej ekstremalnej sytuacji. W tym momencie wreszcie zaczyna się droga Sue w stronę artyzmu. Nigdy wcześniej nie widziała siebie w roli artystki, ale widziała, jak wykorzystywano sztukę w terapiach zajęciowych i zdała sobie sprawę, że to właśnie sztuka może nadać nowy sens i cel jej życiu. To właśnie sztuka może stać się lekiem na psychiczne rany, które zadała jej choroba oraz sposobem na wyrażenie samej siebie. Zaczęła od malowania na szkle, a pochwały, z jakimi spotykały się jej prace, motywowały ją do dalszych działań. Wkrótce Sue zaczęła robić różne kursy sztuki, a ostatecznie, z pomocą wolontariuszy, udało się jej zdobyć tytuł licencjata sztuki. Jako licencjonowana artystka rozpoczęła wprowadzanie w życie swoich wizji artystycznych, wykorzystujących wózek inwalidzki i niepełnosprawność dla zmniejszenia dystansu między niepełnosprawnymi a społeczeństwem. Jej prace od początku były bardzo surrealistyczne i realizowane w formie zdjęć. Jednym z pierwszych zdjęć, które zostało docenione i wyróżnione nagrodą na International Disability Arts Open 2008 jest “Portal”. 

Źródło: http://www.trishwheatley.co.uk/
Jest to kadr, na którym Sue Austin, w letniej, przewiewnej sukience i w rozpuszczonych włosach, siedzi na czerwonym wózku inwalidzkim na… dnie basenu. Oczywiście, ile umysłów, tyle może być interpretacji tego dzieła; ja dostrzegam w tym kadrze wolność, lato pachnące trawą, lekkość ciała. Sue spodobało się pod wodą i można powiedzieć, że zadomowiła się tam na stałe ;) Choć wielu nie dowierzało, że to się może udać, rozpoczęła kursy nurkowania. Dzisiaj Sue z uśmiechem i satysfakcją wspomina te trudności: “Ja nie dam rady? To patrz!” xD Skoro udało się zrobić ten krok, dlaczego by nie spróbować połączyć wózka inwalidzkiego ze sprzętem do nurkowania, elektrycznymi wirnikami i statecznikiem? Szalone? Zważcie na to, kto i gdzie Wam o niej opowiada xD I tak oto w 2012 roku Sue mogła sobie pozwolić na poruszanie się i swobodę ruchów pod powierzchnią wody. Dzięki temu mogły powstać kolejne surrealistyczne ujęcia, tym razem dużo bardziej dynamiczne (nie wspominając już o wspaniałych sceneriach) w formie krótkiego filmu ;) Zresztą, zobaczcie sami:

  Tworząc spektakl - Część 1 - W poszukiwaniu wolności

Sue oczywiście ma na swoim koncie sporo prac i osiągnięć, ale postanowiłem się ograniczyć do tych, które były najbardziej wyraziste i zwróciły uwagę świata. W tej chwili wszystkie projekty Sue (i nie tylko) skupia jej organizacja non-profit pod nazwą Freewheeling (>>>Facebook<<<). Ma ona na celu wspieranie projektów artystycznych mających m.in. zwracać uwagę środowisk akademickich na badania nad różnymi schorzeniami oraz pomoc w promowaniu niepełnosprawnych artystów we współczesnej kulturze.

Od Aarona czy Andy’ego, Sue Austin różni nie tylko płeć ;) Choroba spadła na nią niczym grom z jasnego nieba, przygniotła ją i załamała i ja wcale się temu nie dziwię. Jednak mimo przeciwieństw losu, próbowała w tym wszystkim odnaleźć siebie, podnieść się “z kolan” i ostatecznie udało jej się. Sztuka, która stała się jej powołaniem ma w sobie bardzo ważny przekaz i cel, bo Sue uwierzyła, że sztuka może być lekarstwem nie tylko dla niej samej, ale także dla innych. Mówiąc, że nie robi tak ekstremalnych rzeczy jak osobowości, które już poznaliście, zbluźniłbym. W końcu, zamiana wózka w mini-łódź podwodną to nie byle co ;) Teraz, jak na angielską damę przystało, Sue może znów poruszać się z wielką finezją oraz gracją - w wodzie ;)

Źródło: http://www.telegraph.co.uk/
Sue Austin to bardzo CrazyWill-owa osobowość, z wielką wrażliwością na otaczający ją świat, empatią oraz pociągiem do przygód - jak na razie w stylu Atlantydów, ale zobaczymy, czym nas jeszcze zaskoczy. Ja tam czekam z niecierpliwością i Was również zachęcam do śledzenia działalności Sue.

Jak widzicie, niestety doszło do małego poślizgu czasowego w mojej publikacji, no ale czasem tak bywa ;) Przynajmniej może choć raz nie będę kojarzony z ciężkimi poniedziałkami ;) Kto wie, może nawet z tego powodu na stałe przerzucę się np. na wtorki? ;D A tymczasem dzięki za poczytanie, do zobaczenia w przyszłym tygodniu - wyglądajcie mnie na horyzoncie. Trzymajcie się, ludziska!

Cztery koła, wiara w siebie, spójrz przed siebie!

Strona na temat Sue Austin >>>TUTAJ<<<