poniedziałek, 2 lutego 2015

CrazyWill-owe osobowości - Albert Llovera



Hey ludziska! 

Znów się spotykamy, więc kolejny tydzień za nami. Z nowości na CrazyWIll-owym blogu: od teraz znajdziecie mnie również na portalu zBLOGowani. Portal gromadzi twórczość różnych blogerów i wydaje mi się rozwiązaniem z obopólną korzyścią dla samych blogerów i ich czytelników. Czy się sprawdzi, zobaczymy ;)
Poza tym, dawno już nie było posta z serii Crazy Will-owych osobowości i najwyższa pora to nadrobić ;)

Minęły już dwa tygodnie od zakończenia najbardziej znanego i najtrudniejszego rajdu na świecie: DAKAR 2015. Polski orłom poszło całkiem nieźle, choć niestety nie zabrakło również złych i dramatycznych chwil. Ale nie dlatego wracam na pełne kurzu i błota bezdroża Dakaru. Nie wiem czy wiecie, ale na tegorocznym rajdzie również wózkersi mieli swojego przedstawiciela. Poznajcie Alberta Llovera!

Źródło: http://elnou.cat/
Albert urodził się w 1966 roku w Księstwie Andory. Od najmłodszych lat przejawiał zainteresowanie sportem. Został narciarzem alpejskim, w dodatku wybitnym - w wieku zaledwie 17 lat wystąpił na olimpiadzie w Sarajewie, w 1984 roku. Niestety, rok później na Pucharze Europy, który również odbywał się w Sarajewie, karierę tego młodego chłopaka przerwał poważny w skutkach wypadek na stoku. Od tamtej pory Albert jest sparaliżowany od pasa w dół przez co, siłą rzeczy, porusza się na wózku inwalidzkim. Ale, jak to bywa ze sportowcami - przez swoje zaangażowanie, pasję, chęć zwyciężania i samozaparcie są bardzo zmotywowani, dzięki czemu potrafią szybko stanąć na nogi. (Choć może w przypadku Llovera powinienem raczej napisać “stanąć na nogi” ;) Z przykładów bliskich sercom Polaków weźmy chociażby Roberta Kubicę, który stosunkowo szybko pozbierał się po nielekkim wypadku. Tu sprawa wyglądała dość podobnie, bo po wypadku Albert zaczął brać udział w wyścigach. Początkowo na quadach, ale po jakimś czasie przerzucił się na samochody rajdowe, oczywiście zmodyfikowane tak, by można je było prowadzić wyłącznie przy użyciu rąk. Myślę, że ta zmiana mogła wynikać z tego, że jednak motocykliści enduro czy quadowcy tak naprawdę nie siedzą - cały czas muszą dostosowywać swoją pozycję do zaistniałych warunków żeby nie spaść, albo, najzwyczajniej w świecie, nie zgruchotać kręgosłupa na kilku kilometrach porządnych wybojów. Llovera swój pierwszy sukces w sportach motorowych odniósł w 1989 roku wygrywając Peugeot Railly Cup w Andorze. Oczywiście nie były to zawody najwyższej klasy, ale od czegoś przecież trzeba zacząć ;) Do następnego przełomu doszło w 2001-2002, kiedy to Albert z pomocą Fiata miał możliwość startów w Junior World Rally Championship. Po tym okresie doszło do dość sporej przerwy w rajdowej karierze, ale coś czuję, że Albert się nie obijał - wracając w 2010 do rajdów od razu wskakuje półkę wyżej, startując w Super 2000 World Rally Championship (SWRC), a to tylko o klasę niżej od rajdów WRC (World Rally Championship), gdzie jeżdżą najlepsi z najlepszych. Najlepsze wyniki Alberta w SWRC to 5. miejsce w Rajdzie Meksyku w 2010 oraz 4. miejsce w rajdzie Jordanii w 2011. W końcu, mimo wózka (choć chyba od samego początku mu to jakoś specjalnie nie przeszkadzało;) przyszedł czas na marzenia o największym wyzwaniu kierowców rajdowych: na DAKAR. Musicie wiedzieć, że rajd DAKAR jest czymś więcej niż zwykłym wyścigiem. To jest walka z samym sobą, ze sprzętem, z przeciwnościami losu i oczywiście z matką naturą, której potęgę można odczuć na pustyniach, szutrowych bezdrożach, w wysokich górach czy wartkich potokach. To wszystko sprawia, że jest to najtrudniejszy rajd na świecie; poza nim nie ma już większego wyzwania. 

Źródło: http://www.rtve.es/
Uważam, że każdy kto bierze udział w DAKARZE może być z siebie dumny. Tym bardziej może być z siebie dumny Albert, który dzięki swojemu zaangażowaniu oraz dzięki zaangażowaniu swoich przyjaciół sportowców i sponsorów, wziął udział w tegorocznej edycji DAKARU. Zajął 41. miejsce na 67 samochodów, które dotarły na metę (bo, niestety, nie wszystkim to się udaje/udało…), udawadniając przede wszystkim samemu sobie, że jest w stanie, mimo swojej niedoskonałości fizycznej, stawiać czoła największym wyzwaniom! A przy okazji zaimponował, zainspirował i zmotywował rzeszę ludzi, w tym również mnie ;) Albert Llovera to pierwszy wózkers, który pokonał DAKAR, lecz nie pierwsza osoba niepełnosprawna która tego dokonała - rok wcześniej do boju ruszyła ekipa brytyjskich weteranów wojennych Race2Recovery, wspieranych min. przez producenta Land Roverów, królewską fundację księcia Campbridge, a nawet samego księcia Harrego, który sam jest żołnierzem. Niepełnosprawność ekipy weteranów to głównie braki kończyn dolnych, które zastępowały protezy. Zespół jechał w kilka samochodów, aby ekipy z pojazdów mogły wzajemnie się wspierać w razie nieoczekiwanych zdarzeń i problemów. Mimo to, na metę dotarł tylko jeden pojazd, zajmując ostatnie miejsce w tabeli. Jednak, jak już wspominałem, jest to najtrudniejszy rajd świata i nawet jeden samochód na mecie daje ogrom satysfakcji - oznacza bowiem, że plan pokonania DAKARU przez weteranów powiódł się. Można powiedzieć, że historia lubi się powtarzać, bo jak już pisałem, paraolimpiadę zapoczątkowali w ubiegłym wieku również brytyjscy weterani wojenni, którzy tutaj po raz kolejny mieli okazję zainspirować i poderwać do działania innych ;) 

Wracając do gwiazdy dzisiejszego posta, Alberta Llovera: jak najbardziej zasługuje on na miano CrazyWill-owej osobowości. Mimo wypadku, nie porzucił sportowej rywalizacji. W dodatku, czytając jego biografię, oglądając wywiady itd. daje się zauważyć, że Albert jakby zdaje się w ogóle zapominać, że jeździ na wózku. Wyraźnie świadczy to o tym, że nie traktuje swojego wózka jako przeszkody. Jest także bardzo odważny, i wcale nie dlatego, że wsiada za kółko rajdówki, bo same samochody już od dłuższego czasu można całkiem wygodnie przerabiać dla potrzeb osób, które nie mogą używać kończyn dolnych. Jego odwaga polega na tym, że zasiada za kierownicę mimo świadomości, że naraża się na znacznie większe ryzyko niż osoby sprawne. Po wypadku pojazd potrafi stać się niebezpieczną pułapką, z której ciężko jest wyjść komuś całkowicie sprawnemu, a co dopiero komuś z niedowładem jakiś części ciała. Albo: stajesz na pustyni, samochód nie chce jechać dalej, śmigłowiec ratunkowy przyleci najwcześniej za trzy godziny, zapasy wody się kończą, a teren jest tak nierówny, że wózek inwalidzki nie ujedzie daleko. Drugą rzeczą jest przełamywanie barier fizycznych; w szczególności tyczy się to rajdu DAKAR. Kierowcy w ciągu dnia przejeżdżają ogromną ilość kilometrów w trudnym terenie, co wykańcza mięśnie i ogólnie cały organizm. A co dopiero ma powiedzieć człowiek, który od pasa w dół z wiadomych przyczyn nie ma sprawnych mięśni? Może nie wiedzieliście, ale zawodnicy rajdowi regularnie min. biegają, dla utrzymania formy potrzebnej w czasie wyścigów. Nie próbuję nawet wyobrazić sobie, jak wielkim trudem dla Alberta musiało być znalezienie na tyle odpowiedniej pozycji siedzącej, aby przetrwać każdą długą i wycieńczającą trasę. Biorąc pod uwagę te wszystkie trudności: szacun, że tak powiem ;) dla Alberta za to, że potrafił zacisnąć zęby i nie porzucić sportowej walki ;) Góra może złamała jego kręgosłup, ale na pewno nie ducha rywalizacji :) Myślę, że nie powinniśmy patrzeć na Alberta jak na gościa na wózku, który dał radę, tylko jak na kogoś, kim chcielibyśmy być w trudnych chwilach; kogoś, kto nie odpuszcza, do samego końca. I niech to będzie takie pobożne życzenie, dla mnie i dla Was, na koniec tego posta :)

Dzięki za uwagę, mam nadzieje że przypadła Wam do gustu kolejna zaproponowana przeze mnie CrazyWIll-owa osobowość. Mam też nadzieję, że nie jest to ostatnia taka postać - w końcu na świecie jest mnóstwo ciekawych osób, które niewątpliwie zasługują na uwagę ;) Trzymajcie się ciepło, ludziska! Do następnego napisania :D


2 komentarze:

  1. W pierwszej chwili, jak na starszą panią przystało, pomyślałam ze zgrozą, że tak mało mówiło się/pisało o tym świetnym Gościu w mediach. Ale może to i dobrze...może ten wózek po prostu stał się tak bardzo niewidoczny...

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurczę, lubię nawet być taka mała, maleńka, tycieńka przy tych fajnych ludziach, o których piszesz... i Ciebie z tej tycieńkości mej nie wyłączam:)

    OdpowiedzUsuń